Jutro i pojutrze o stanie Unii Europejskiej (UE) dyskutować będą we Florencji ważni europejscy politycy, intelektualiści i dziennikarze. Trzy główne tematy to gospodarka, polityka zagraniczna i energia. W związku z tym, że będę miał okazję brać udział w tej konferencji kilka następnych tekstów będzie jej poświęconych. Zaczynam dzisiaj, na dzień przed, od krótkiej refleksji nad tym dlaczego warto być eurosceptykiem i dlaczego UE nie jest Stanami Zjednoczonymi Europy.
REKLAMA
Babcia Obamy buduje bombę
Na początku roku prezydent Obama ogłosił swoje doroczne orędzie do narodu amerykańskiego, orędzie o Stanie Państwa, albo też tłumacząc bardziej dosłownie o Stanie Unii. Jest ono zawsze dużym wydarzeniem w amerykańskim życiu publicznym, o czym niech świadczy chociażby to, że transmituje się je na kampusach uniwersyteckich.
Obama, jaki jest taki jest, ale nie jest nudny. W styczniu mówił przekonująco i z pasją o tym, o czym chcieliby usłyszeć jego wyborcy: o stosunkach z Izraelem, odnawialnej energii (słowa “energia” użył 23 razy), równości społecznej i imigiracji. Jak to ma w zwyczaju przeplatał swoją wypowiedź osobistymi historiami.
Obama, jaki jest taki jest, ale nie jest nudny. W styczniu mówił przekonująco i z pasją o tym, o czym chcieliby usłyszeć jego wyborcy: o stosunkach z Izraelem, odnawialnej energii (słowa “energia” użył 23 razy), równości społecznej i imigiracji. Jak to ma w zwyczaju przeplatał swoją wypowiedź osobistymi historiami.
“At the end of World War II . . . [a] generation of heroes returned home from combat, they built the strongest economy and middle class the world has ever known. My grandfather, a veteran of Patton’s Army, got the chance to go to college on the GI Bill. My grandmother, who worked on a bomber assembly line, was part of a workforce that turned out the best products on Earth.
The two of them shared the optimism of a Nation that had triumphed over a depression and fascism. They understood they were part of something larger; that they were contributing to a story of success that every American had a chance to share – the basic American promise that if you worked hard, you could do well enough to raise a family, own a home, send your kids to college, and put a little away for retirement.
The defining issue of our time is how to keep that promise alive.”
The defining issue of our time is how to keep that promise alive.”
Jest w tym fragmencie coś charakterystycznego dla całego przemówienia, dla przemówienia Obamy, ale też dla formułu Stanu Unii. Co rok kolejni prezydenci USA opowiadają Amerykanom historię. Raz jest to historia bardziej lewicowa (jak w tym roku, gdy Obama podkreślał rolę sytemu podaktowego w redystrybucji dochodu) raz bardziej prawicowa. Ale zawsze jest to historia, która przypomina Amerykanom kim są, skąd przychodzą, skąd czerpać mogą wzorce, do czego aspirować. State of the Union przypomina Amerykanom także o czymś jeszcze, o tym czym jest ich państwo – unią, ferderacją. “Jesteście obywatelami Teksasu, ale też obywatelami Stanów Zjednoczonych Ameryki” – mówi. Wasza lojalność ma te dwa wymiary, nierodzielne, które musicie potrafić pogodzić. Które musi potrafić pogodzić każdy z nas, ale które musimy potrafić pogodzić także wszyscy jako wspólnota, jako naród.
“So it is with America. Each time I look at that flag, I’m reminded that our destiny is stitched together like those fifty stars and those thirteen stripes. No one built this country on their own. This Nation is great because we built it together. This Nation is great because we worked as a team. This Nation is great because we get each other’s backs. And if we hold fast to that truth, in this moment of trial, there is no challenge too great; no mission too hard. As long as we’re joined in common purpose, as long as we maintain our common resolve, our journey moves forward, our future is hopeful, and the state of our Union will always be strong.”
Bruksela, łagodny potwór?
Mało kto z Was pewnie wie, ale Unia Europejska ma swój odpowiednik State of the Union. W zeszłym roku miał miesjce po raz pierwszy w trakcie Festwialu Europa we Florencji, a dokładnie w historycznej sali Ratusza (Palazzo Vecchio) - Salone dei Cinquecento. W tym roku, jutro i pojutrze, odbywa się po raz drugi. Tyle, że europejski Stan Unii to bardziej konfrencja. W tym roku w maju wezmą w niej udział Barroso, Monti i jakiś tuzin profesorów, znanych dziennikarzy i europejskich urzędników. Można powiedzieć, że jest Europejski Stan Unii skrojony na miarę europjeskich potrzeb. Albo, że jest karykaturą swojego amerykańskiego odpowiednika.
Wpadł mi ostatnio w ręcę esej niemieckiego poety Hansa Magnusa Enzensebegera “Brussels, the Gentle Monster or the Disenfrachisement of Europe”. Dwie fundacje zrzuciły się na stypendium dla Enzensebegera, wysłały go na parę do jakiegoś zameczku i kazały mu w zamian napisać coś o Europie. Z tekstu wyłania się twarz Enzensebegera europejczka, takiego jak my wszyscy, dumnego z osiągnięć Europy w ostatnim pół wieku, z tego, że nie było wojny, że Europa otworzyła się na Wschód i Południe etc. Ale również twarz europejczyka przerażonego europejską biurokracją, przysłowiowią “Brukselą”, gdzie – jak przyznał niedawno europoseł Migalski – właściwie nikt nie wie jak głosuje. Tyle o Parlamencie Europejskim. Bardziej przerażająca jest dla niemieckiego poety tylko kilunastotysięczna armia urzędników Komisji, bezwględnych, nieczułych technokratów z poczuciem misji, pracujących w całkowitym oderwaniu od rzecywiśtości, na którą swoimi decyzjami wywierają przecież taki duży wpływ. Czy ten potwór jest w jakimkolwiek stopniu niebezpieczny? Kiedy słyszym z ust Barroso, Tuska czy Rostowskiego “nie ma żadnej alternatywy dla tego, co robimy” – czy nie powinno obrażać to naszego rozumu? Czy nie jest aktem porażki, kapitaulacji raczej niż argumentu?
Unia Europejska, a precyzyjnie mówiąc Europejska Wspólnota Gospodarcza, która Unią Europejską stała się dopiero w latach 90tych, była od początku projektem ekonomicznym, gospodarczym. Została zbudowana na kilku prostych zasadach, takich, które zrozumieć może każdy – wspólnego rynku (wolnego przepływu towarów, usług, osób i kapitału), subsydiarności (w kompetencji Unii jest tylko to, co nie może być lepiej uregulowane przez poszczególne państwa) i paru jeszcze innych. W tym sensie UE przypomina Stany Zjednczone. W Europie szybko jednak się okazało, że te proste zasady “potrzebują” rozwinięcia, a oprócz nich “potrzeba” także nowych zasad, kompetencji. Unia Europejska to żarłoczny potwór – pisze Enzensebeger – i każde dziecko o tym wie. UE szybko przestała być po prostu organizacją międzynarodową, bo jako taka do życia powołana. Zaczęła być organizacją międzynarodową – przywołując słowa EuropejskiegoTyrbunału Sprawiedliwości – szczególnego rodzaju.
“Palimy papierosy, spożywamy za dużo tłuszczu i cukru, wieszamy w szkołach krzyże, wkręcamy do lamp nielegalne żarówki, wieszamy pranie na balkonie, tam gdzie ono przecież nie należy. Jak by wyglądał świat, w którym moglibyśmy wynająć nasze mieszkanie komu tylko mięlibyśmy ochotę! Czy dokładnie te same materiały budowlane muszą używane wszędzie, bez względu na kilmat i doświadczenie budowlańcow?” – pisze zgryźliwie. “Unia jest z całą pewnością najbardziej jaskrawą ale oczywiście nie pierwszą i jedyną próbą pozostawienia gdzieś na boku tego oryginalnego europejskiego wynalazku jakim była demokracja . . . i jak na razie nie widać, żeby Europejczycy przeciwstawiali się tej próbie wywłaszczenia ich z polityczności” – konluduje Enzensebeger.
Stan Unii (Europejskiej)
Unia nie jest w najlepszym Stanie. Napięcia pomiędzy krajami członkowskimi związanymi z kryzysem zadłużenia publicznego w Grecji i Włoszech, francusko-brytyjskie tarcia o kształt instytucji, odpierana skutecznie przez Niemcy walka o schedę pierwszeństwa 27emki, ale przede wszystkim obojętność nas, nas wszystkich europejczyków na to, czym Europa się staje składają się na ten nieciekawy obraz. Słuchałem ostatnio wykładu nominalnego prezydenta Unii, van Rompuy’a, pełnego komunałów, nudnego jak flaki z olejem. Wykład przerwała grupa studentów, która zagłuszyła Belga okrzykami “demokracja”. No właśnie. Jak jest z tą demokracją w Unii? i czy właściwie to nas obchodzi? O polskich euro-parlamentarzystach czytam ostatnio, że “głosują jak stado baranów”. Tego się trochę boję – że ktoś będzie decydował o moim życiu, a ja nie będe miał żadnego wpływu na to, jakie oni podejmują decyjze. W kontekście państwa, nawet jeżeli państwo coś knuje, czy spieprzy, tak jak w sprawie ACTA, można wywierać na jego przedstawicieli presję. Trudniej to zrobić w Europie.
Ale jest jeszcze jeden powód, którym mój sceptycyzm do Unii się karmii. Po angielsku to by było tak “I’m a sucker for stories.” Lubię historie. Lubię jak ktoś mi opowiada o tym skąd się co bierze, dlaczego, po co, i jaka w tym wszystkim jest moja rola. Gdybym był Amerykaninem, to styczniowy State of the Union Obamy by te potrzebę zaspokoił. Pewnie bym na Obamę nie zagłosował, ale to przemówienie mówiłoby mi coś o mojej roli w społeczności. Czułbym, że gdzieś należę i zaspokoił w ten sposób swoją potrzebę polityczności. Tymczasem UE nie tylko wstydzi się przyznać do swoich judeo-chrześcijańskich korzeni (patrz wygasła dyskusja o preambule do europejskiej Konstytucji), ale coraz bardziej odchodzi też w kształtowaniu swojej polityki od metod demokratycznych. Kiedy jutro Barroso się spotka z Montim wiem, co powiedzą: że to wszystko dla mnie, dla Was. Żebyśmy tylko nie przeszkadzli.
http://stateoftheunion.eui.eu/
