Wspólnotę Europejską (WE) budowano mając świeżo w pamięci kryzys, a konkretnie II wojnę światową. Dokładnie 62 lata temu, 9 maja 1950 roku ogłoszono Deklarację Schumana, w które czytamy "Nie było Europy, mieliśmy wojnę." Wspólnota miała więc przed podobnym kryzysem ustrzec. Zgromadzeni dzisiaj w Palazzo Vecchio we Florencji ważni przdestawiciele europejskich elit, z premierem Włoch na czele, zdawali się dziś parafrazować Schumana, powtarzając: "Nie było Europy (wstarczająco silnej), no to mieliśmy kryzys." Tym razem finansowy.

REKLAMA
We Florencji rozpoczęła się dzisiaj druga edycja State of the Union (pisałem o tym wczoraj), "europejskiego Davos", dorocznej konferencji, na której spotykają się ważni przedstawiciele europejskiej polityki, życia intelektualnego i mediów. W pierwszym dniu rozmawiano o kwestiach ekonomicznych i gospodarczych. Głównym puntkem sesji przedpołudniowej było wystąpienie premiera Włoch, Mario Montiego, o którym za chwilę. Poprzedzało je bowiem kilka innych, ciekawych wystąpień. Odczytuję z nich dwie wiadomości. Jedną dobrą, drugą złą.
Wiadomość dobra (na temat stabilizacji)
Wiadomość dobra pochodzi z obszaru reform instytucjonalnych w UE i ich wpływu na stabilizację finansową. Olli Rehn, europejski komisarz ds. gospodarczych i walutowych, jak na europejskiego urzędnika przystało, kładł nacisk na konieczność podporządkowania kszałtu instytucji europejskich celom europejskiej polityki gospodarczej i ekonomicznej. W ostatnich kilku latach nasza uwaga skupiała się przede wszystkim na stabilizacji sytuacji finansowej. Stworzono nowe instytucje odpowiedzialne za nadzór finansowy, a także uchwalono szereg programów - takich jak Europejski Mechanizm Stabilizacji Finansowej czy, ostatnio, Pakt Fiskalny - mających na celu przeciwidziałaniu kryzysów w przyszłości. To dość ciekawe, ale Europa - zwracał uwagę inny panelista - Daniel Gros z CEPS - postrzegana była przez długi czas jako miejsce, gdzie kryzysy się nie wydarzają, a jeżeli się wydarzają to są winą indywidualnych krajów i to one powinny sobie z nimi radzić. Tak musiało być - mówił Gros, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że dotychczas brakowało nam instytucji nadzorczych? Polegaliśmy wyłącznie na rynkach jako mechaniźmie ostrzegwaczym. Okazuje się jednak, że rynki czasem reagują za późno. Dyscyplina rynkowa zatem nie wystacza, bo przychodzi za późno, a kiedy już przychodzi to przynosi ze sobą konsekwencje wykraczające dalece poza to, co jest politycznie rzecz biorąc akceptowalne. Dlatego potrzeba instytucji politycznych, które bedę stabilizowały rynki. Te zostały na prędce sklecone, inna sprawa czy będą wystarczające, ale przynajmniej są. Ufff.
Wiadomość zła (na temat wzrostu)
Dyskusja przenosi się jednak z kwestii stabilizacji na kwestię wzrostu. W jaki sposób pobudzić wzrost w strefie euro? Dla niektórych panelistów rozwiązaniem jest bardziej aktywna rola EBC. Rola EBC nie tylko jako koordynatora polityki monetarnej, ale także instytucji odpowiedzialnej za stabilizację i wzrost gospodarczy, trochę na wzór amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Do tego zachęcał m.in. Fabrizio Saccomanni, prezes włoskiego Banku Centralnego. Na politykę ECB UE nie ma jednak wpływu. Podstawowym narzędziem jakie ma do swojej dyspozycji, i którego nie zawaha się użyć jest wspólny rynek. Mówił o tym Michel Barnier - europejski Komisarz ds. Wspólnego Rynku i Usług. UE od kilkudziesięciu lat stara się znosić wszelkie przeszkody dla swobodnego przepływu dóbr, usług, osób i kapitału. Okazuje się to być jednak nadzwyczaj wymagającym zadaniem. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest wspólny rynek najważniejszy instrumentem jaki UE ma do dyspozycji jeżeli chodzi o pobudzanie wzrostu w strefie euro. To wymaga jednak pogłębienia integracji. Czy Europa jest na to gotowa? Jeszcze przed kryzysem można było dostrzec pewne zmęczenie procesem integracji (a więc członem "wspólny" w zwrocie "wspólny rynek"). Po kryzysie widać też zmęczenie wolnym rynkiem. Wypracowanie, nawet częściwoego konsensusus wokół kwestii integracji jest wielkim politycznym wyzwaniem. O wiele łatwiej - z politycznego punktu widzenia - obiecywać ludziom, że wzrost przyjdzie wraz z "pompowaniem" pieniędzy w gospodarkę.
Zaciskanie pasa czy pompowanie pieniędzy?
W przyszłości ma być więc bardziej stabilinie dzięki reformom instytucjonalnym. Ma być też lepiej ze wzrostem gospodarczym, dzięki dalszemu poszerzaniu strefy wolnego handlu w ramach UE i zwalczaniu protekcjonizmu. Oto jest wizja technokratów. A gdzie w tym wszystkim miejsce dla polityki, jak to się ma do wyników wyborów we Francji, Grecji? Wyniki tych wyborów tłumaczy się najczęściej tym, że są one reakcją społeczeństwa na zaciskanie pasa, redukowanie wydatków publicznych. Wiele osób, w szczególności na lewicy, uważa, że rozwiązaniem jest pobudzanie gospodarki przez zwiększanie wydatków publicznych. Ten pogląd zakłada, że obecny kryzys ma charakter przejściowy, cykliczny, że z uwagi na problem z podażą pieniądza gospodarka operuje tylko na pół gwizdka i że zwiększając podaż pieniądza można temu zaradzić. Z tym poglądem nie zgodził się dzisiaj premier Włoch, Mario Monti. Zaczął z wysokiego tonu, przypopminając, że ekonomia jest gałęzią filozofii moralnej, w której wzrost gospodarczy i korzyści, które z niego wypływają dla społeczeństwa są pochodną pracy i zasług. Zwracał uwagę, że w przeszłości często o tym zapominano, z łatwością zwiększając wydatki publiczne, ku uciesze społeczeństwa. Przerzucano tym samym konieczność spłaty zaciągniętych długów na przyszłe pokolenia. Przyszłe pokolenia w końcu jednak przychodzą. Dzisiejsze problemy długu publicznego, bezrobocia, są w dużej mierze konisekwencją nieodpowiedzialnej polityki prowadzonej w przeszłości, często dość odległej przeszłości. To dlatego problem, z którym borykają się dzisiaj Włosi, Hiszpanie czy Grecy nie jest problemem cykli koniunkturalnych, ale problemem strukturalnym. Jest to problem dramatycznego niedopasowania instytucji (np. edukacyjnych) do gospodarki, która na naszych oczach zmienia się pod wpływem technologii i globalizacji. Rolą polityki - kończył Monti - rolą polityka jest dzisiaj wytłumaczenie wyborcom, że zwiększanie wydatków publicznych nie rozwiąże problemu. Potrzeba nam zmian strukturalnych, a razem z nimi zmiany mentalności obywateli, pobudzenia ich poczucia odpowiedzialności wzgledem ich własnego państwa, ale też względem Europy.
Machiavelli revisited?
Pomyślałem sobie, że te słowa mogą przywoływać nienajlepsze skorarzenia wypowiadane w budynku, w którym pracował na codzień Niccolo Machiavelli, jeden z tych, który jako pierwszy powiedział nam prawdę o polityce, nawet jeżeli ta prawda nas czasem boli. Czy nie warto przwołać jednak tej postaci dzisiaj, w kontekście dyskusji o gospodarce i polityce w Europie? Musimy być dumni z tego kim jesteśmy, dumni z bycia europejczykami, brutalni i bezwzględni w identyfikowaniu słabości naszej polityki i pełni nadziei próbując ją naprawić. Tylko gdzie jest książe?