Pamiętam taki wierszyk (cytuje z pamięci): "Dlaczego dzisiaj artyści lubią się ubrać na czarno? Bo dzisiaj do sztuki głównie pedały się garną. Czerń wyszczupla, a wyszczupleni artyści, mogą się lepiej sprzedać i odnieść więcej korzyści." W tej częstochowskiej dykteryjce (a przynajmniej w drugiej jej części) zawarty jest główny argument sprzeciwu przeciw dofinansowywaniu sztuki przez Państwo. Brzmi on mniej więcej tak: nie sztuka być artystą. Sztuka w tym, żeby przekonać innych, że się nim jest.
REKLAMA
Arytści (posługuje się tu uogólnieniem, ale wiadomo, że nie chodzi o wszystkich) chcą od państwa pieniędzy. Ode mnie, od państwa, od wszystkich nas. Mamy kupować ich obrazy, płyty, książki. Proszę bardzo, możemy ich obrazy, płyty i książki kupować. Wolny kraj. Artyści chcą jednak także pieniędzy od Państwa, pieniędzy publicznych. Domagają się redystrybucji dochodu, który jako naród wytwarzamy. Ich postulat jest o tyle problematyczny, że nie podają żadnego dobrego argumentu na jego wsparcie. Nie robią zbyt wiele, innymi słowy, żeby przekonać Państwo, mnie, państwa, że ten postulat jest jakimś innym niż ich osobisty interesem uzasadnione. Spróbujmy to zrobić za nich.
Czego artyści od Państwa się domagają?
O co właściwie arystom chodzi? O wsparcie państwa? Otrzymują je przecież w obfitości: 1) Państwo chroni ich prawa autorskie, a nawet odtwórcze (prawo do wykonań utworów muzycznych); 2) Państwo prowadzi muzea i gromadzi kolekcje dzieł sztuki; 3) Państwo prowadzi kampanie edukacyjne (chociaż mogłoby się tutaj bardziej postarać). Nie o takie wsparcie arystom jednak - jak rozumiem - chodzi. Im chodzi o dotowanie sztuki. Formą dotacji są ulgi podatkowe. Są więc przeciw likwidacji zwolnienia od kosztów uzyskania przychodu. “Tak się gwałci artystę. He he he he” – pisze na swoim blogu malarka Agata Bogacka parafrazując niesmaczną wypowiedź ś.p. Andrzeja Leppera. Szkoda, że nie wspomina o tym, że zamiast odpisywać sobie koszty uzyskania przychodu od podatku arysta może założyć sobie działalość gospodarczą. Po założeniu działalności gospodarczej też można odliczać związane z nią koszty (takie jak wydatki na samochód, telefon, komputer, siedzibę w mieszkaniu, co w przypadku większości artystów może dać wyższe koszty niż 50 proc. z praw autorskich). No ale przecież nie o to Agacie Bogackiej chodzi. Chodzi jej o to, że - jak czytamy w podtytule jej wpisu - " że jutro będzie gorzej. A potem jeszcze gorzej."
Postulaty artystów idą dalej. (Nie do końca wiadomo gdzie). W wywiadzie dla NaTemat dyrektor Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, pani Joanna Mytkowska mówi na przykład: "Nikt się nie spodziewa, że artyści będą mieli lepiej niż reszta społeczeństwa, nie chodzi o to, żeby artystom nagle dać pieniądze. Ale kwestię trzeba uregulować, bo to we wszystkich cywilizowanych krajach jakoś funkcjonuje". ("cwyilizowane kraje" to jeden z moich ulubionych zwrotów, ileż w nim politycznej poprawności!). Uregulować co? Poziom cen za obrazy absolwentów uniwersyteów arystycznych? Tego się nie dowiadujemy. Musimy się domyślać. Założmy, że artyści, na przykład w czasie dzisiejszego marszu pod hasłem "Artyści pod mostem" jakieś konkretne postulaty jednak sformułują. Na przykład taki: "Praca artysty powinna być szanowana i opłacana - postulujemy o podjęcie zobowiązań we wszystkich instytucjach kultury, że praca artysty nad projektami jest wynagradzana godnym honorarium, a zakup dzieł rzetelnie ustaloną ceną, chronioną przed manipulacją." (to już z bloga Zuzanny Janin). Artyści, domyślamy się zatem, będą domagali się specjalnych przywilejów. Potraktujmy je na chwilę poważnie. Jak artyści mogą swoją szczególną rolę w społeczeństwie uzasadnić?
Jak uzasadniają swoje roszczenia?
Są dwie możliwości. Albo przekonają nas, że sztuka ma wartość samą w sobie, albo że może służyć jakimś instrumentalnym celom, i że te cele są dobre. Ten pierwszy argument zakłada, że sztuka reprezentuje jakąś wartość, przede wszystkim estetyczną i dlatego jest wartościowa. Problem w tym, że gusta są różne i dlatego trudno powiedzieć co jest lepsze, a co gorsze. A skoro tak i skoro “o gustach się nie dyskutuje”, to znaczy, że ta wartość sztuki wcale nie jest taka sama w sobie, a zatem w ogóle można o tym argumencie zapomnieć.
Drugi argument. Sztuka może służyć jakimś instrumentalnym celom, i te cele - możemy się co do tego wszyscy zgodzić - są dobre. Jakie to mogą być na przykład instrumentalne cele? “Sztuka wiąże się z jakością życia rozumianą nie tylko jako zasobność portfela, ale też jakość komunikacji i sfery publicznej" - mówi Mytkowska. Czasem może tak rzeczywiście jest. Założmy na przykład, że jest związek między pracą Doroty Nieznalskiej (genitalia na krzyżu), a "dziełem" mężczyzny, który zrobił krzyż z puszek po piwie, żeby w ten sposób zademonstrować swój głos w debacie o krzyżu na Krakowskim Przedmieściu. Czy to zwiększa jakość debaty publiczne? Być może, bo poszerza obszar wolności wypowiedzi. A może jednak obniża jakość debaty publicznej? Być może, bo deprecjonuje to wartość pewnych symobli, które w tej debacie mogą odgrywać ważną rolę. Bez względu po której stronie się Państwo opowie, nie jest pewnym czy właściwie powinno to w ogóle robić. Czy państwo na prawdę powinno decydować o tym, co jest dobre w debacie publicznej, a co nie? Czy chcemy, żeby państwo mówiło nam jakim celom ma sztuka służyć?
Szantaż czyli dlaczego nie chę “Królestwa Bożego na ziemi”
Rozumiem, że wielu (pewnie większość) artystów ma trudną sytuację materialną. Nic w tym nowego, artyści chodzili głodni od zawsze. Ale kiedy słyszymy: "Piłkarze są słabi, więc bądźmy dumni z kultury" czy też "albo Polska będzie krajem wódki, albo artystów." to słyszym szantaż, polityczny szantaż. Artyści Państwo szantażują. Artyści szantażują także mnie i państwa. Mówią nam zasadniczo: jeżeli chcesz czerpać przyjemność z obcowania sztuką, musisz być, no nie wiem chyba… socjalistą. Musisz uwierzyć w państwo, które - jak mówił niedawno w wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego Sławomir Sierakowski, "będzie Królestwem Bożym na ziemi". Panstwo, w którym zbiorowe, kolektywne cele i aspiracje (np. grupy artystów), będą brały górę nad prawami jednostki, nad równością ich szans w zdobywaniu tego, do czego dążą. Musisz wierzyć, że państwo powinno jakimś celom sprzyjać bardziej niż innym. Pal sześć jeżeli chodzi o cele, co do których możemy się wszyscy zgodzić, że są ważne: transport, infrastruktura, energia, zbrojenia. Nie, to artystom nie wystarczy. Żeby ich zadowolić musisz wierzyć, że bez pomocy państwa sztuki, dobrej sztuki, nie będzie.
Arogancja
W związku z tym “koniec ogłupiania widza i przerzucania sobie odbiorcy w zależności od medialnych, modnych tymczasowych tematów zastępczych i politycznych korzyści. Koniec z uleganiem niskim gustom!” – czytam dalej w postulatach Janin, jednej z uczetniczek (może nawet organizatorek dzisiejszego marszu). Co jest najbardziej szokujące w tym stwierdzeniu to rzadka arogancja arystki. O ile trudno się nie zgodzić z tym, że media epatują tematami drugorzędnymi, a telewizjia ogłupia, to nie zmienia to jednak faktu, że największą sztuką zawsze było i będzie wykorzstanie narzędzi, które są dostępne wszystkim do przekonania do swoich racji (w polityce), do swoich produktów usług (w biznesie) czy wartości swojej twórczości w sztuce. To się udaje bardzo niewielu. I właśnie dlatego nazywa się to sztuką.
PS W 2004 roku zaczynałem równolegle studia prawniczne i studia z historii sztuki. Te drugie dość szybko jednak rzuciłem, kiedy po semestrze czy dwóch zrozumiałem, że dosłownie wszystkiego, czego mnie tam uczono, mogę się właściwie nauczyć sam. A także, że zajmie mi to kilka miesięcy, a nie kilka lat, i będzie o wiele przyjemniejsze. Rzucanie studiów artystycznych polecam wszystkim.
