Przebywający z wizytą w Polsce wybitny amerykański politolog, Francis Fukuyama, zapytany dziś przez Polską Agencję Prasową gdzie szukałby źródeł kryzysu, z jakim obecnie zmaga się Unia Europejska, odpowiedział: “Dla mnie źródłem obecnego kryzysu, przynajmniej w Europie, jest źle stworzony traktat z Maastricht, źle przyjęte reguły, którym podlegają państwa wchodzące do Unii Europejskiej.” Trudno się z nim nie zgodzić. Jeżeli traktat z Maastricht (na mocy którego w 1992 r. powstała Unia Europejska) się sprawdził to tylko jako opowieść o raju, którego nigdy nie będzie. Maastricht, mówiąc wprost to bajka, a Grecja to cena, jaką za opowiadanie bajek w polityce się płaci.
Bajka z Maastricht
REKLAMA
Miles Kingston, zmarły w 2008 roku znany brytyjski dziennikarzy satyryczny zaproponował w roku uchwalenia traktatu z Maastricht, żeby nominować tenże dokument do prestiżowej brytyjskiej nagrody literackiej, nagrody Bookera. Zgłaszając swoją propozycję nakreślił kilka cech traktatu, czyniące z niego dzieło literackie wyjątkowej zupełnie urody.
O czym jest bajka z Maastricht? O zabiegach grupy anonimowych osób zmierzających do ustanowienia z Europy raju na ziemi – czytamy w komentarzu Kingstona. Napisany pseudo-prawniczym żargonem traktat wyznacza drogę, którą europejskie narody muszą w przyszłości kroczyć, żeby znaleźć się w pewnym (nieodległym) momencie w raju. I to raju nie byle jakim. Będzie to kraina szczęścia nie tylko gospodarczego, ale także społecznego i politycznego, a być może nawet kulturowego (a.k.a Pax Francais).
Nawet gdyby bajka z Maastricht – przekonywał swoich czytelników Kingston – była tylko parodią wizji biurokratycznego koszmaru rodem z Kafki, wciąż byłaby dziełem godnym największej uwagi, a także niewzykle zabawnym. Bajka z Maastricht jest jednak czymś więcej niż parodią Kafki. Jest w istocie dramatem, tragedią. Od początku da się w niej wyczuć obecność ogromnego napięcia. Napięcie to wynika ze sporów, jakie toczą ze sobą w tejże bajce całe zastępy, legiony bohaterów. Tak, jest w niej wielu, bardzo wielu bohaterów, których nigdy jednak nie poznajemy. Pozostają oni anonimowi. Nie wiemy nawet do końca o co się spierają, jakie towarzyszą im marzenia, a jakie lęki. Wiem tylko jakie pełnią funkcję. Jeden z bohaterów to prezydent, inny do komisarz, jeszcze kolejny (cała nawet grupa) to członkowie parlamentu.
Nie dowiadujemy się też co się w ich życiu wydarza. Nie dowiadujemy się również, co dzieje się na końcu opowieści, ponieważ bajka z Maastricht nie ma końca, przygotowuje jakgdyby tylko scenę dla dalszych wydarzeń, podsyca ciekawość i zainteresowanie czytelnika. Nie zaspokaja go jednak.
Zachwyca w niej niezwykle rygorystyczna konstrukcja. Ile bajek ma formę traktatu? (Jeżeli się chwilę nad tym zastanowić, to okazuje się, że wcale nie tak mało). Intersująca jest też – z punktu widzenia konstrukcji – inna jeszcze cecha utworu, przypominająca może bardziej Becketta niż Kafkę. Akcja bajki z Maastricht toczy się jakby gdzie indziej. Znacie Państwo na pewno “Czekając na Godota”, w której dwaj bezdomni włóczędy pokładają całą swoją nadzieję w nadejściu osoby, która nigdy jednak nie nadchodzi? Narracja traktatu bardzo przypomina ten utwór. Pseudo-prawniczy żargon – sugeruje Kingston - służy tutaj tylko niejako zamaskowaniu dramatycznego napięcia.
Wreszcie, autorstwo. Bajka z Maastricht jest intrygująca tym baridzje, że nie wiadomo właściwie kto ją napisał. Na pewno nie była to jedna osoba. Prawdopodobnie było ich więcej niż 100. Znać to po natężeniu humoru w poszczególnych partiach utworu. Niektóre z nich napisane są ze śmiertelną powagą. Inne tryskają wręcz humorem. Jak na przykład ten “Nie naruszając postanowień niniejszego Traktatu Dania może zachować swoje obecne prawodawstwo dotyczące nabywania drugich domów.”
Swój sarkastyczny komentarz zamieścił Kingston dziesięć lat temu na łamach dziennika The Independent. Był to ważny moment, w który zapowiadał wielkie zmiany w życiu europejczków. Brytyjczycy, z Kingstonem na czele, przyjowali te zmiany pewnie z mniejszym entuzjazmem niż reszta Europy. Europa (a przynajmniej Holandia i Francja) tym sceptycyzmem zaraziły się trochę później, a dała mu wyraz odrzucając w referendach europejską konstytucję (znaną później jako bajka lizbońska). Ten sceptycyzm, jak sądze, był podyktowany pytaniem o to, gdzie leżą granice adminisracyjnego (nakazowo-rozdzielczego) budowania raju na ziemi? Dzisiaj możemy na to pytanie odpowiedzić dość łatwo: leżą w Grecji. Leżą w Grecji dziś. Należy się jednak mieć na baczności, bo są to granice ruchome.
