Poszedłem dziś do fryzjera, fryzjera-alchemika. Zanim wyczarował moją nową fryzurę, przekonywał jedną ze swoich klientek do koloryzacji. To znaczy ona była już w zasadzie przekonana. Przyniosła ze sobą kolorowe pisemko, i to z niego czerpała inspirację. Chciała koloru ciemnobrązowego. On pochwalił wybór, ale na tym nie poprzestał. "Mam dla Pani taką farbę" - powiedzial - "która wydobędzie z ciemnobrązowego czystość, jego uduchowienie i esencję."

REKLAMA
Fryzjer-alchemik nie ucieka się do metod oczywistych. Mógłby przecież pokazać jak ten ciemnobrązowy będzie wyglądał. Wolał to jednak opisać słowami. "Aby go zobrazować, miła Pani, użyję narzędzia, które od czasów starożytnych jest symbolem tak rzeczywistej, jak i mitycznej przestrzeni. Tym narzędziem jest Geometria." Z głową przekrzywioną do tyłu na myjce wybuchnąłem śmiechem.
Jakaż niestosowność! Jakaż ingorancja z mojej strony! "To przecież w Starożytnej Grecji Pitagoras, a później Platon rozwinęli swoje teorie kosmogoniczne, a w nich zgrabnie powiązali rozmaite geometryczne bryły z kolorami. Stąd już krótka droga do Florencji Medyceuszy. To przecież sam Cosimo di Medici rozpowszechniał alchemię, aby zgłębić znajomość pigmentów w celu rozwoju produkcji tkanin, malarstwa i innych tradycyjnych dziedzin powiązanych z Toskańską sztuką oraz rzemieślnictwem" - ciągnął kędzierzawy i pełen osobistego uroku fryzjer-alchemik, wycierając mi głowę papierowym ręcznikiem. Wreszcie nadszedł czas na to, żeby zasiąść na fotelu i przygotować się do cięcia.
"I tu właśnie dochodzimy do kluczowego podobieństwa między malarzami-alchemikami a fryzjerami" - tłumaczył niezmorodowany. "Malarze-alchemicy wyrażali się w sposób, który sugerował wysublimowanie i tajemniczość dla znaczącej większości ludzi a zarazem był nader oczywisty dla uprzywilejowanego grona zdolnego ich rozumieć". Argument z wyjątkowości! Mój ulubiony, argument cierpiącej z miłosnego zawodu nastolatki! Jakaż dziecinadna, coż za tupet przypisywania arogancji wybitnym malarzom renesansu. Moja cierpliwość miała się na wyczerpaniu, miałem dziś potężnego kaca i dosyć tych monstrualnych bredni, które ten kędzierzawy młodzienieć powtarzał za ulotką oferującą produkty do koloryzacji włosów. Już miałem przerwać jego słowotok, już miałem uciąć ten żenujący marketingowy spektakl, kiedy nagle usłyszałem, że "fryzjer-alchemik w swojej pracy kieruje się... kodeksem etycznym".
Co? Kodeksem etycznym? Fryzjer w swojej pracy kieruje się kodeksem etycznym? A coż tam jest napisane, jakimi etycznymi wskazówkami należy się kierować w tej nieustannej, trudnej drodze, ktróra wiedzie w stronę perfekcji i piękna? Czy można go ściągnąć z internetu, czy on gdzieś może leży pod stertą archiwalnym numerów Gali? Mój rozmówca nie potrafił sprecyzować dokładnie, co się na ten kodeks składa. Wskazał na jedną wszakże zasadę, złotą zasadę alchemicznego fryzjerstwa, która mówi, że "fryzjer-alchemik żyje w ścisłym związku z naturą, dowartościowany pięknem kosmosu."
Nie wiem co lub kogo winić? Siebie za niezdolność rozpoznania i zgłębienia tajemniczości fryzjerskiego fachu, która dostępna jest (i nader oczywista) tylko dla uprzywilejowanego grona zdolnego go zrozumieć fryzjerów, którzy biorą za męskie cięcie 100 zł? Siebie za brak cierpliwości powodowany dręczącym kacem? A może siebie za to, że ośmieliłem się na dzień przed przyjściem do fryzjera zdrowo wypić w gronie dawno niewidzianych przyjaciół? Może chodzenie do fryzjera na kacu jest w dzisiejszej Polsce niezgodne z jakimś kodeksem etycznym? A może jest jednak po prostu granica śmieszności, którą przekraczają dzisiaj liczne zastępy przedstawicieli "nowych" wolnych zawodów budując wokół nich aurę wyjątkowości? Fryjzer-alchemik, instruktor uważności, stylista męskiego wizerunku. Wszyscyśmy z Pitagorsa i Ksenofonta. No kur.. litości!