Czy nie jest tak, że świat stał się dziś bardziej przewidywalny niż był kiedyś? Mam często takie poczucie, że niewiele jest rzeczy, które mnie dziś poruszają, zachwycają, inspirują. W jakimś sensie wszystko, co mi się przydarza jest tylko powtórką, przeróbką. I to wcale nie jest kwestia tego, że się starzeje, że już wszystkiego w swoim życiu doświadczyłem. Ja znam to, zanim się wydarzy, ponieważ już widziałem. W telewizji, w kinie, w internecie.

REKLAMA
Internet w samolocie to jest najnowsze dla mnie odkrycie. Wiem, że jest już dostępny od jakiegoś czasu na rozmaitych trasach, ale ja korzystam z niego po raz pierwszy. Obok mnie siedzi w foteliku trzyletnia - na oko - dziewczynka. Zagląda mi przez ramię w ekran i razem przeglądamy sieć w poszukiwaniu śmiesznych obrazków. Zastanawiam się wycierająć ślinę, która skapnęła jej z brody na moją klawiaturę, co będzie dziwiło kiedyś ją? Kiedy minie jej już faza dzięcego zachwytu i zdziwienia wszystkim dookoła, czy zostanie jeszcze cokolwiek, co sprawi, że otworzy w wieku dorosłym buzię szeroko, tak jak teraz?
Myśl ta wzięła mi się z pewnej obawy. Czy nie jest tak, że świat stał się dziś bardziej przewidywalny niż był kiedyś? Mam często takie poczucie, że niewiele jest rzeczy, które mnie dziś poruszają, zachwycają, inspirują. W jakimś sensie wszystko, co się nam przydarza jest tylko powtórką, przeróbką. Znamy to, zanim się wydarzy, ponieważ już to widzieliśmy. Widzieliśmy w telewizji albo w internecie. Idealną rodzinę z idealną kuchnią w idealne niedzielne popołudnie. Idealną miłość z idealną kobietą, idealnym mężczyzną, idealnym miesiącem miodowym. „Nie zgadzam się na nic mniej niż idealne życie“ – mówi ostatnio moja
znajoma. Jak mawiała M. Tatcher: "There Is No Alternative".
Winę za to osłabienie wyobraźni i pragnień, o ile tu w ogóle można mówić o winie, ponoszą przede wszystkim media. To połączony efekt wszechobecności w naszym życiu telewizyjnych gwiazd, publicznych przemówień, a i popularnej duchowości czyni banalnym niemal wszystko, co ktokolwiek z nas chciałby powiedzieć. Dotyczy to nie tylko słów, ale także tego, co robimy i sposobu w jaki postrzegamy świat. To trochę tak jakby nasze uczucia, nawet te, o których myślimy jako najbardziej intymnych, zostały już przewłaszczone, wyrażone, często zanim nawet mięliśmy okazję je przeżyć. Zostały nam ukradzione, razem ze zdewaluowanymi słowami i wyidealizowanymi portretami, w których musimy się
przeglądać.
No bo jeżeli siedzi się od najmłodszych lat wciąż przed jakimś ekranem, tak jak moja trzyletnia sąsiadka, trudno jest potem doświadczyć chwili intymności, prywatnej rozmowy pełnej uczucia czy empatii, której nie widziało się już wcześniej na ekranie, w samolocie, kinie, w towarzystwie kilkusetosobowej publiczności. Wszystko to jakby powtórka, przeróbka.
Nie można mówić o przeprosinach nie pamiętając o tym jak te same słowa w cyniczny sposób były używane przez polityków. ("To nie ja nagrywałem, to kamera").
Nawet samotny kontakt z naturą przyprawia w takiej sytuacji o spostrzeżenie, że nasza przyjemność została już przewidziana przez producenta ściennych kalendarzy. Słowa i myśli mogą wydawać się nam przez to powierzchowne, nie należeć do nas, tylko do jakichś innych ludzi, innych celów i być może nie istnieje nic, co jest naprawdę nasze?