Jest wiele rzeczy, którymi może człowieka zaskoczyć Nowy Jork w niedzielny poranek. Na przykład tym, że nie można tu w niedzielę rano kupić alkoholu.
REKLAMA
Niedziela rano to akurat nie jest ten czas, kiedy alkohol przydaje się najbardziej. Ale czasami się oczywiście przydaje. Szczególnie latem tak gorącym jak tegoroczne, kiedy zimne piwo jest ostatnią deską ratunku przed miejskim skwarem.
(Pewien mój znajomy, który pomimo doktoratu ma duże trudności ze znalezieniem pracy zauważył ostatnio, że piwo latem nie smakuje może tak dobrze jak oferta pracy, ale kto wie, niedługo jesień. Może przyniesie coś dobrego. W najgorszym razie przyniesie więcej piwa, a już to samo w sobie wcale nie jest taką złą perspektywą).
Alkoholu w niedzielny poranek zabrania sprzedwać prawo. Stare, ale jare prawo niedzielnej prohibicji, tzw. "prawo niebieskie" czyli takie, które dotyczy tradycyjnie związanych z religą restrykcji przedsięwzięc komercyjnych. Ograniczenia te stopniowo ustępowały pod wpływem opinii publicznej. Swoją pieczątkę do tych zmian przystawiał także kilkukrotnie amerykański Sąd Najwyższy. Jedyną restrykcją, której dotychczas nie uchylił był właśnie zakaz sprzedaży alkoholu w niedzielę. Akcentował w swoich wyrokach pożytki "dnia odpoczynku". Nie tłumaczył natomiast gdzie dokładnie występuję sprzeczność między odpoczynkiem a sprzedażą i konsumpcją alkoholu.
Kto wie, być może gdyby ogłaszał swój wyrok w dobie recesji, może uwaliłby i ten zakaz. Recesja miała skończyć się trzy lata temu, ale nadal jakby trwa. Tak mówią ludzie na ulicy. Na chwilę ich uwagę odciągnęła Olimpiada. (Mojego bezrobotnego znajomego z doktoratem akurat przybiła. Z dwóch przynajmniej powodów: po pierwsze uświadomiła mu jak bardzo jest nie w formie. Obserwowanie konkurujących ze sobą o ułamki sekundy pływaków i biegaczy nie wpłynęło dobrze na samoocenę jego własnej dyspozycji. Po drugie, ze zdziwieniem odkrywał, że wielu spośród mężczyzn-sportowców biorących udział w Olimpiadzie było o wiele bardziej atrakcyjnych niż większość jego byłych dziewczyn).
Recesja utorowała drogę do obalenia ostatniego "niebieskiego prawa" nieopodal, bo w stanie Connecticut. Wygląda na to, że Nowy Jork i Indiana pozostają ostatnimi miejscami, gdzie w niedzielę na śniadanie - o ile wcześniej się nie zaopatrzysz - piwka nie uświadczysz.
Oddajmy sprawiedliowść lokalnym ciałom uchwałodawczym. Prawda jest taka, że oficjalnie alkoholu sprzedwać nie można w niedzielę tylko do 8 rano. W praktyce jednak, i co w tym wszystkim najciekawsze, przyjęło się, że alkoholu nie sprzedaje się przed południem. Nawet w sieciach supermarketów, takich jak Fresh Direct. Okazuje się, że to sektor prywatny dyktuje (choć w niewielkiej, to jednak w części) moralne standardy dla mieszkańców miasta!
Oczywiście to jest Nowy Jork, więc czas przed porannym rozdaniem można zabijać przyjemnie wdając się w interesujące rozmowy ze znajdującymi się w podobnej sytuacji mieszkańcami. Dobrym pomysłem na zagajenie konwersacji jest pytanie o ulubionego drinka, albo jeszcz lepiej, o koktajl najmodniejszy w tym sezonie. Modny w tym sezonie jest podobno "Płaczący Republikanin". Polecam. Łatwo go przyrządzić. Są tylko dwa składniki: najdroższy gin, jaki możecie dostać w swoim sklepie i szczypta łez białego mężczyzny.
Wybory już wkrótce.
