
Paul Krugman i Joseph Stiglitz to być może najbardziej opiniotwórczy dziś ekonomiści w Stanach Zjednoczonych. Laureaci Nagrody Nobla, profesorowie prestiżowych uczelni (odpowiednio Princeton i Colubmia) i wreszcie publiczni intelektualiści - ludzie, którzy rozumiejąc ekonomię i gospodarkę w największej ich złożoności, potrafią jednocześnie przedstawić skomplikowane zagadnienia w prosty i przystępny sposób. Uczestniczyli obaj wczoraj wieczorem w Nowym Jorku w debacie zorganizowanej przez Institute for New Economic Thinking.
REKLAMA
Krugman i Stiglitz dyskutowali wczoraj o stanie amerykańskiej gospodarki. Ich dyskusja nabiera szczególnego znaczenia w kontekście zbliżających się wyborów prezydenckich. Nikt, kto jest chociaż w najmniejszym stopniu zaznajomiony z działalnością publiczną Krugmana i Stiglitza nie móże mieć wątpliwości, kto w tych wyborach będzie ich faworytem. Będzie nim na białym koniu czarny rycerz - Barack Obama.
Obama jest ich faworytem z dwóch powodów. Te dwa powody stanowią jednocześnie główne tematy książek Krugmana i Stiglitza, które rozdawano wczoraj licznie zgromadzonej publiczności. Pierszwym z nich są poglądy Obamy na rolę państwa w gospodarce. Drugim jest kwestia nierówności społecznych.
Krugman o roli państwa w gospodarce
Najnowsze dzieło Krugmana, poza wszystkim innym także jednego z głównych publicystów ekonomicznych New York Times'a, trakuje o tym pierwszym zagadnieniu - o roli państwa w gospodarce. W "End This Depression Now" Krugman przekonuje nas, że jedynym sposobem na wyjście Ameryki z zapaści ekonomicznej jest rozbudowany program inwestycji publicznych, w tym przede wszystkim w sektorze infrastruktury i edukacji. Krugman jest też gorącym zwolennikiem zatrudnienia większej ilości pracowników w sektorze publicznym. Swoje wnioski wyciąga m.in. z doświadczenia Wielkiej Depresji, która zakończyła się w USA dopiero z nadejściem II Wojny Światowej. Zaangażowanie w nią niemal wszystkich gałęzi przemysłu pozwoliło zwiększyć zatrudnienie, wzmocnić gospodarkę, w dłuższej perspektywie czasowej zredukować deficyt budżetowy. Dziś - przekonywał wczoraj Krugman - mając w ręku najtańszy z możliwych pieniądz (Amerykanie mogą dziś pożyczać przy de facto ujemnych stopach procentowych, tzn. inne państwa muszą im płacić za możliwość kupowania ich obligacji) państwo powinno inwestować na potęgę, dając impuls do, jak głosi tytuł książki, natychmiastowego przerwania tej gospodarczej zapaści.
Stiglitz o nierównościach społecznych
Najnowsza książka Stiglitza - "The Price of Inequality" - traktuje o nierówności społecznej. Jego ulubiony przykład tej nierówności to sześciu spadkobierców imperium sieci supermarketów Walmart. Jej wartość to około 70 miliardów dolarów czyli równowartość bogactwa 30% spośród najmniej zamożny obywateli USA. Inaczej mówiąc, 6 osób dysponuje większym majątkiem niż prawie 100 milionów Amerykanów. Inny przykład: różnica w zarobkach między prezesem jednej z wiodących amerykańskich spółek a średnią pensją jego szeregowego pracownika wynosi około 500. I nie chodzi o 500 dolarów, tylko o to, że jest ona o 500 razy większa. A jeszcze kilkadziesiąt lat temu ta różnica kształtowała się na poziomie trzydziestu razy.
W swojej książce Stiglitz opisuje sposoby na jakie najbogatsza część społeczeństwa pomnażała w ostanich latach swoje majątki. W przeważającej mierze miało to charakter tzw. poszukiwania renty (ang. rent seeking) - dążenia przez osoby fizyczne, przedsiębiorstwa lub inne organizacje (np. grupy interesów) do uzyskania korzyści materialnych przez wywieranie wpływu na otoczenie gospodarcze lub stan prawny. Innymi słowy, zamiast starać się gospodarkę rozwijać ("powiększając tort") dążyli oni do tego, żeby przywłaszczyć sobie jej jak największą część.
Nierówność ekonomiczna przeradza się w nierówność społeczną (w sensie, np. dostępu do edukacji), a także polityczną. A ta z kolei prowadzi nie tylko do podważenia istoty demokracji (która z procesu wyboru, w którym każda osoba to jeden głos zamienia się w taki, w którym każdy dolar to jeden głos), ale też poczucia sprawiedliwości.
***
Mówiąc wczoraj o nierówności Stiglitz zaczął w ten sposób: "jeżeli już nawet ekonomista zaczyna zwracać uwagę na problem nierówności, to znaczy, że coś jest na rzeczy". Jego argument jest zresztą do pewnego stopnia przedłużeniem argumentu Krugmana. Nierówność społeczna zawsze się pogłębia w sytuacji, kiedy słabnie gospodarka. Ekonomia jest poza wszystkim innym nauką o zależnościach między rozmaitymi procesami.
O ile kryzys gospodarczy dotyka dziś milionów ludzi na całym świecie w sposób bezpośredni, bolesny, czasem brutalny, obaj ekonomiści dostrzegają w nim też ważny potencjał. Potencjał do tego, żeby - przy odpowiedniej postawie, otwartym umyśle i praktycznej dociekliwości - dostrzec problemy, i przede wszystkim rozwiązania dla nich, które jeszcze parę lat temu wydawałyby się wątpliwe. Dzisiaj, kiedy kryzys przechodzą też fundamentalne teorie makroekonomiczne i monetarne rozwiązania o których mówili wczoraj Krugman i Stiglitz wydają się one nie tylko rozsądne, ale też możliwe do wprowadzenia w życie.
Poniedziałkowa, trzecia już debata Romneya i Obamy, postrzegana w kontekście wtorkowej debaty Krugmana i Stiglitza, sugerowałaby, że to Obama lepiej rozumie wyzwania przed jakimi stoi dzisiaj Ameryka. Tak uważała też z pewnością zgromadzana wczoraj w Haft Auditorium na Fashion Institute of Technology w Nowym Jorku publiczność, która wiele ze stwierdzeń uczestników dyskusj nagradzała brawami. Ale czy tak uważa Ameryka? Przekonamy się już 6 listopada.
