W zachodniej prasie trwa interesująca dyskusja na temat przyszłości Europy. Trwa zresztą od wielu lat, ale dziś nabiera, by tak rzecz, rumieńców. Bern Ulrich zastępca sekretarza redakcji magazynu TIME skrytykował w ostatnim numerze pomysł rozwiązywania kryzysu w UE za pomocą metody, o której mówi się w uproszczeniu "więcej Europy". Skrytykował kilku prominentnych europejskich intelektualistów - min. Daniela Cohn-Bendita i Ulricha Becka , zarzucając im "ideologizowanie Europy". "Ten kontynent na to nie zasługuje" - stwierdził. W odpowiedzi Ulrichowi w weekendowym Die Zeit swój tekst opublikował Cohn-Bendidt. "Nie jesteśmy ideologami" - pisał. "Chcemy tylko rewolucji."

REKLAMA
Kryzys strefy euro ujawnia nowe rozkłady sił w UE. Po pierwsze, silniej zarysował się podział państw na te, które należą do strefy euro i te, które znajdują się poza nią. Widać to wyraźnie w dyskusjach nad pomysłem "unii bankowej", w których przewidziana rola dla państwa spoza strefy euro, takich jak Polska, jest marginalna.
Węwnątrz strefy euro powstał inny podział: na te, które udzielają pożyczek i te, które te pożyczki biorą. Tym samym, jak pisze Cohn-Bendit, rzeczywistością staje się też trzeci podział, ten którego obawiano się od dawna, podział na Europę "dwóch prędkości". W ramach tego podziału decyzje o przyszłości Europy podejmowane są przez kraje strefy euro i to właściwie tylko przez te, które są pożyczkodawcami. Krótko mówiąc przez Niemcy.
Imperium z przypadku
Ta sytuacja nie jest dla Cohn-Bendita przejawem jakieś ideologicznej perspektywy, ale trzeźwej i realistycznej oceny sytuacji. Nazywa ją, z właściwą sobie fantazją, "Merkiavellizmem". Posługując się tą etykietą łączącą nazwisko kanclerz Niemiec i jednego z ważniejszych renesansowych teoretyków polityki i władzy - Niccolo Machiavellego, Cohn-Bendit wskazuje na chrakter polityki Niemiec względem Europy. Polega ona na balansowaniu pomiędzy polityką krajową i europejską, która pozwala z jendej strony utrzymać Merkel władzę w Niemczech, a z drugiej forsować pewną filozofię gospodarczą jako projekt dla całej Europy. Dzięki tej polityce, wbrew temu, co uważa duża część opinii publicznej w Niemczech, Niemcy zyskały na kryzysie strefy euro badziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Jak podkreśla Cohn-Bendit: Niemcy stały się politycznym, moralnym i gospodarczym centrum władzy w Europie. I to, jak pisał ostatnio Guardian, trochę z przypadku. W coraz większym stopniu akceptują to jako fakt polityczny Stany Zjednoczone i Chiny.
Polska czyli prowincja przypadkowego imperium?
Pisałem przy okazji przyznania Unii Europejskiej Pokojowego Nobla o europejskim "mesjaniźmie". Miałem pretensje do polskich europosłanek, które na łamach naTemat popadały w samozachwyt nad zasługami UE dla pokoju i dobrobytu na kontynencie. W tych miesiącach, kiedy UE nie może uzasadnić sensu swojego istnienia przez gospodarcze wyniki ani przez demokratyczne procedury, ta mesjańska wizja zdaje się być dla wielu ostatnią deską ratunku. O Europie rozmawia się dziś w Polsce, jakby w następny weekend miało odbyć referendum akcesyjne i podstawowym pytaniem, na które Polacy mieliby odpowiedzieć byłoby "jesteś za czy przeciw?"
Tymczasem pytanie dzisiaj jest zupełnie innego rodzaju. Pytanie jest o to, czy chcemy Europy niemieckiej, rządząnej przez Merkiavellego czy chcemy Europy, w której istnieje poczucie, że wszyscy mamy wpływ na to, co się z naszym życiem dzieje. Polski rząd specjalnie się nie kwapi, żeby na to pytanie odpowiedzieć. A jeżeli już zabiera głos, tak jak ustami Radka Sikorskiego w Berlinie jakiś czas temu, to opowiada się za Merkiavellizmem. Tylko czy wyborcom Platformy to pasuje? Deutschland, Deutschland Über Europa?