Jeszcze w temacie patriotycznym. Ostatnio w New York Timesie cały dodatek o pierogach. Na pierwszej stronie wielki nagłówek "DUMPLINGS." W środku historia, z naciskiem na ewolcuja, transformacja, po prostu drugie przyjście pieroga. Pierogi wracają jako sushi. Pierogi jak bombonierki. Najmodniejsze mają oczka. Z ikry małe chińskie oczka. Koreańskie noski. Czytam, czytam dalej w napięciu i nic... ani słowa o tym, że pierogi mają przede wszystkim twarz Polski.

REKLAMA
W geście protestu wybrałem się w weekend na Greenpoint. Cóż za wyprawa, jakże daleko. Trzy linie metra, dwa pomylone przystanki. W końcu jednak jestem w pociągu linii "G" i znać już Polskę. Otwierają się drzwi, z nadzieją ruszam w stronę wyjścia, w górę po schodach, Greenpoint Avenue. Oddycham z ulgą. W powietrzu zawieszona obietnica pieroga.
Mijając polską księgarnie i sklepy na Manhattan Avenue poczułem się tak swojsko, tak bardzo byłem w Polsce, że ochota na pieroga mi przeszła. Jakbym go zjadł, konsumpcja przed małżeństwem. Grzech, ale ludzki. Porcja pierogów z mięsem albo grzybami i kapustą stała się tak realna, tak bardzo była w zasięgu ręki, że straciła na atrakcyjności. Jakbym zdobył serce kobiety, o którą zabiegałem od miesięcy. Veni, vidi, vici. A teraz czas iść do przodu. Nowe wyzwania, nowe horyzonty. Na Franklin Street modne, "alternatywne" knajpy. W menu brunchowym jeden polski akcent: szparagi zapiekane z boczkiem na "polskiej" babce. Wyprawa w obronie polskiego pieroga skończyła się brunchem w stylu meksykańskim.
Poczucie winy przygniatało. Na mojej polskiej twarzy inne polskie twarze wyczytać mogły na pewno kosmopolityczny wstyd, zawstydzenie z powodu zdrady. Miałem obronić honor narodowej potrawy. Poległem. Bezradny, tragiczny powstaniec. Może nawet gorzej, ohydny zaprzaniec.
I pogrążyłbym się pewnie w tej zaprzańczej melancholii, gdyby nie uratował mnie wzrok kobiety. Jak wejrzenie nadziei, jak anioł z nieba pojawiła się nalge ubrana w tradycyjny kurpiowski stój...niby, bo z takim nowoczesnym przeciwbalansem. Na głowie miała wełnianą czapkę a na ustach pytanie o naturę mojego smutku. Wytłumaczyłem, że się rozchodzi o honor narodu, a przynajmniej ten jego fragment, na który składają się farsz, mięso i woda. Ona w swojej brooklyńskiej świeżości, w swojej nieskrępowanej pogodzie ducha, mówi: "Magic (prawie jak Maciek), nie tędy droga, nie tędy droga do obrony pieroga. Waszego pieroga trzeba wymyślić od nowa."