W powiewści Stendhala "Czerwone i Czarne" (1830) jest bardzo dobrze znany fragment o tym, że powieść to zwierciadło, które przechadza się po gościńcu. Odbija się w nim błękitne niebo. Odbija się w nim też błoto, ale na litość, nie wińcie państwo za to błoto zwierciadła a raczej drogę, na której powstały kałuże. Dzisiaj, kiedy podstawowym medium opisywania naszej rzeczywistości nie są powieści, a raczej filmy i seriale, sens tamtej myśli pozostaje niezmienny. "Opisuj świat, który znasz i opisz go takim, jaki jest na prawdę."

REKLAMA
Oczywiście artyści próbują czasem zrozumieć przeszłość, tak jak ostatnio Władysław Pasikowski w "Pokłosiu." Niebezpieczeństwo robienia takich filmów tkwi jednak w tym, że opisują one świat, którego nie znamy. Dlatego też są one zawsze, mniej czy bardziej, ale fałszywą opowieścią. Jeżeli filmy o przeszłości są zwierciadłem, które ukazują jakieś błoto, to są zawsze krzywym zwierciadłem. W społeczeństwie, w którym spora grupa ludzi przyjmuje ze zdziwieniem fakt, że aktor grający lekarza w serialu, w rzeczywistości lekarzem nie jest, film taki jak "Pokłosie" powinien być wyświetlany z ostrzeżeniem: "Zobaczą państwo zaraz film o rzeczywistości, której autorzy filmu nie znają, i o której nie wiedzą, jaka była na prawdę."
Mój pomysł na kino jest taki, żeby przez film ożywić nie demony, ale rzeczywistość, nas samych. Mam słabość do miękkiego światła i do koloru włosów blond. Dlatego najchętniej zobaczyłbym film, w którym Magdalena Cielecka szłaby po plaży z Juraty do Helu, późnym popołudniem, latem. Z tego co mi wiadomo taki film jeszcze w Polsce nie powstał, ale wczoraj byłem w kinie na "Starlet." W "Starlet" jest dużo światła (akcja filmu toczy się w Południowej Kalifornii) i jedna, zjawiskowa zupełnie blondynka - Dree Hemingway (prawnuczka Ernesta). Mieszka ona z grupą znajomych w wynajętym domu w Los Angeles. Jane, bo tak ma na imię główna bohaterka, jest nastoletnią aktorką i z grupą swoich znajomych spędza większość swojego czasu na tym, co nastolatki lubią dziś robić najbardziej - paleniu trawki, grach telewizyjnych i seksie. Jej pokój, do bólu przypominający pokoje w tzw. "kompleksach mieszkaniowych," tak popularnych dziś w Ameryce, jest pozbawiony jakiejkolwiek indywidualności - ta sama beżowa wykładzina, te same żaluzje, ten sam jasny kolor ścian, ta sama lampa z Ikeii, rozdwojona na końcu tak, że jedna żarówka oświetla sufit, a druga podłogę.
Pokój Jane, tak jak pokoje, w których ja mieszkałem, jest może pozbawiony indywidualności, jej samochód, tak jak ten, którym ja jeździlem, jakby trochę się rozpada, ale jej życie, tak jak życie wielu nastolatków w Ameryce, ale też życie nastolatków w Polsce jest luksusowe. Stać ją na większość rzeczy, które są jej potrzebne - mrożoną kawę z lodami, ciuchy, doczepiane paznokcie. Jane nie ma specjalnie zmartwień, nie ma specjalnych aspiracji. Całymi dniami spaceruje ze swoim psem i to daje jej szczęście. Jedną z rzeczy, które uderzają najbardziej w tym filmie jest właśnie piękno jej "luksusowego" życia. Luksusowego nie w tym sensie, że stać ją na wszystko, co najdroższe, ale w tym, że stać ją na to, żeby się niczym specjalnie nie przejmować.
Któregoś dnia, zmęczona wyglądem swojego pokojum, Jane objeżdża garażowe wyprzedaże. Na jednej z nich kupuje od starszej pani termos, który chce wykorzystać jako wazon. Kiedy po powrocie do domu nalewa do niego wody wypływają z niego zwitki pieniędzy, w sume prawie dziesięć tysięcy dolarów. Przed Jane pojawia się jeden z pierwszych moralnych dylematów w jej życiu, co robić? Zwrócić pieniądze? Wraca do kobiety, od ktorej kupiła termos, 80-letniej Sadie. Wbrew woli starszej kobiety, która ceniła sobie swój spokój i izolację od świata (poza sobotnimi wypadami na bingo), Jane zaczyna jej składać coraz częstsze wizyty, zabierać na zakupy. W jednej z zabawniejszych scen Jane proponuje Sadie brunch. Ta odpowiada, że nie chodzi na brunch. Może zatem lunch? - nie ustępuje Jane - i znowu spotyka się z negatywną odpowiedzią. Śniadanie? Na śniadanie Sadie zgadza się, chociaż nie chętnie. "Drugie śniadanie" - mówi. Ucieszona Jane klaszcze w ręce i dopytuje dalej: - Świetnie, o której po ciebie przyjechać? - 7.30 - odpowiada z powagą Sadie, na co mina Jane zmienia się w grymas bólu. Będzie musiała dokonać w swoim życiu jakichś poświęceń.
"Starlet" to film, w którym jest dużo miękkiego, kalifornijskiego światła; w którym główną rolę gra piękna prawnuczka Ernesta Hemingwaya. Ale jest w nim przede wszystkim dużo prawdy, o świecie, w którym żyjemy. Który znamy. Oglądamy ten film z przyjemnością, bo jest on jak to zwierciadło, które dzisiaj wprawdzie nie przychodzi się po gościńcu, ale jeździ zdezelowanym, zielonym Fordem Taurusem. A w tych miejscach, w których ta historia budzi jakiś niepokój czy niesmak, tam odnajdujemy lekcje w tym, co jest ważne, dziś, tu i teraz, w naszych relacjach z innymi ludźmi, w naszych miłościach i w naszej przyjaźni. Polecam.