Jeżeli napiszę, że Olimpia de Gouges - jedna z matek ruchu feministycznego - świadczyła mężczyznom odpłatnie usługi seksualne (co jest zgodne z prawdą) to, czy robię to dlatego, żeby ją jako feminmistkę zdyskredytować? A może przeciwnie, przyczyniam się tym samym feministycznej sprawie?

REKLAMA
logo
Rzadko się zdarza, żeby kobieta na XVIII wiecznym obrazie uderzała nas jako zjawiskowo piękna. Olympe de Gouges jest z pewnością wyjątkiem.
Lubię czytać stenogramy słynnych procesów. Słynne procesy rzadko kiedy wyróżniają się błyskotliwością prawniczej argumentacji. Najczęściej potwierdzają tylko powszechne przeświadczenie (uzasadnione), że prawo bywa głupie, a prawnikom zwykle brak wyobraźni. Zapisy słynnych procesów dają natomiast dobry obraz kultury i obyczajów panujących w danym miejscu i czasie. Proces Olimpii de Gouges jest przypowieścią z morałem o feminiźmie i seksie w dobie rewolucji francuskiej. Ale być może mówi nam też coś na temat obyczajowości feministek współczesnych.
Olimpia de Gouges (1748-1793) rozpoczęła swoją karierę jako dramatopisarka we wczesnych latach 80tych XVIII wieku. W przedrewolucyjnej Francji narastało akurat polityczne napięcie, szybko więc zaangażowała w działalność publiczną. Dzisiaj pozostaje znana przede wszystkim jako autorka Deklaracji Praw Kobiety i Obywatelki (1791). We wzorowanym na Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela (1789) tekście (zaczynającym się od apostrofy “Mężczyzno, czy jesteś zdolny do tego, aby być sprawiedliwym?”) domagała się między innymi przyznania kobietom prawa do edukacji i rozporządzania własnością prywatną, honorów i funkcji równych tym posiadanym przez mężczyzn, uczestnictwa kobiet w siłach zbrojnych oraz równości płci w rodzinie i w kościele. W pewnym sensie była więc Deklaracja de Gouges satyrą na swój pierwowzór, który wspaniałomyślnie kobiety w swojej treści pomijał.
de Gouges zawdzięcza niewątpliwie pozycję w historii ruchu feministycznego swoim nieprzeciętnym talentom. Ale, niezapominjamy, także swoim kobiecym wdziękom. Olimpia de Gouges utrzymywała się bowiem z tego, że była kurtyzaną. Kiedy po ledwie pięciu latach małżeństwa zmarł jej mąż - Louis Aubry - Olimpia razem ze swoim synem - Piotrem, przeniosła się do Paryża i zmieniła imię i nazwisko na to, pod którym dzisiaj ją znamy. Tam poznała oficera marynarki Jacques'a de Rozieres Bietrix. Nie zgodziła się go poślubić, ale żyła na jego koszt (żyła, umówmy się, bardzo wygodnie). Jej biograf Henry Pigaillem pisał: "obdarzona śliczną buźką przez długi czas znana była w Paryżu z usług jakie świadczyła swoim [wpływowym-MB] współobywatelom" (patriotka!). Znalazła się zresztą także na liście słynnych paryskich prostytutek przygotowanej kilkadziesiąt lat później przez francuskiego pisarza humorystycznego Charlesa de Monseleta. Nic więc dziwnego, że w czasie procesu za "wywrotową", prodemokratyczną działalność w okresie rewolucji francuskiej sędziowie wyśmiewali się z jej przywiązania do sprawy praw kobiet. No bo czy feministka może być kurtyzaną?
Historia de Gouges, która z zapisu tego procesu się wyłania to z pewnością historia opresyjnego społecznego kontekstu, który tylko potwierdza słuszność idei, o którą de Gouges walczyła. To przy okazji tego procesu Robespierre mówił, że "jej egzaltowana wyobraźnia sprawiła, że pomyliła polityczną inspirację z wołaniem natury. Chciała być mężem stanu. A podjęła się misji podłych ludzi, którzy chcieli podzielić Francję. Prawo ukarało ją za tę konspirację, za to, że zapomniała o cnotach, jakie przynależą jej płci." de Gouges te cnoty – wierność, rodzinność, poddańczość – zakwestionowała. I to tak bardzo oburzało obecnych na procesie mężczyzn.
Czy należy pochwalać sprawę, o którą walczyła? Oczywiście, że tak. Czy należy pochwalać jej “rewolucyjne” metody? Nie. Bycie kurtyzaną było w jej przypadku pewnym wyborem życiowym. Było wyborem, który paradokslanie – wskazując na opresyjność kontekstu - wzmacniał argument de Gouges-feministki! Można nawet zaryzykować twierdzenie, że każda feministka dla swojej wiarygodności powinna zaznać losu kurtyzany. Bo czy nie jest najlepszym adwokatem spraw kobiecych Carol Leigh, aka Scarlot Harlot - była prostytutka, która walczy o zniesienie związanego z tym zawodem stygmatu społecznego? Jeżeli się jednak feministką nie jest to o swoim życiu seksualnym, a także o wielu innych rzeczach, publicznie nie warto mówić. A także pewnych rzeczy nie robić. W przeciwnym razie popadamy w taką gretkowską, przepraszam, groteskową sytuację, w której pojawienie się ministry Muchy w programie Tomasza Lisa na obcasie staje się przyczynkiem do ataku na wiarygodność jej emancypacyjnych deklaracji.