Polskie życie publiczne przypomina mecz piłki nożnej. Piłka jest, jak wiadomo, okrągła (i są nią media), a bramki są dwie. Dwie są też drużyny: w jednej grają KOMENTATORZY życia publicznego - politycy, dziennikarze, blogerzy. W drugiej drużynie grają FAKTY - katastrofa smoleńska, wyrzucenie z pracy grupy dziennikarzy. Atmosfera jest duszna, bo chociaż nie pada śnieg, to podjęto decyzję o zadaszeniu murawy. Proszę się nie spodziewać fajerwerków. (W końcu jest to mecz polskiej ekstraklasy.)
REKLAMA
A ponieważ jest to mecz polskiej ekstraklasy można się spodziewać, że pomimo niskiej jakości widowiska emocje na trybunach sięgać będą zenitu. Obie drużyny niesione będą dopingiem. Państwa dopingiem. Czasem będzie to doping dozwolony - gdy kupią Państwo gazety, zagłosują w wyborach, umieszczą komentarze pod tekstami w internecie. Czasem będzie to doping niedozwolony. Ostatnio jeden kibic nasikał do kubeczka po piwie i okazało się, że jednak brał. Brał pod uwagę wysadzenie Sejmu w powietrze. Został za to zdyskwalifikowany i przez parę lat na trybunach nie zasiądzie. (“Żyleta” dopuszcza możliwość, że jest on więźniem politycznym).
Zanim dotrzemy na Stadion w trzynastogrudniowej albo jedenastolistopadowej procesji, zanim na niego wejdziemy, trzeba kupić szalik. Tylko który? W tym miejscu pojawia się pytanie: komu kibicować? Koniec końców idziemy przecież na derby. Ja kibicuję faktom. Z nimi trudno polemizować. Rzeczy mają się tak jak się mają. Ale kibicuję też komentatorom, którzy (rzadko, ale jednak) pomagają nam zrozumieć dlaczego rzeczy mają się tak jak się mają. Rozsądnie byłoby zatem kibicować obu drużynom. Liczyć na, a jakże, "zwycięski remis". A jeżeli nie, to na litość, trzymać kciuki i drżeć gardło za to, żeby nie dostały w du.. fakty!
Niektórym kibicom przychodzi to jednak z trudem. Obrażają się na fakty. Na uzasadnienie swojej pozycji przywołują rozpostarty w formie transparentu zakrywającego cały sektor jakiś irracjonalny argument, jak na przykład ten, że "fakty solą wodę na parówki." (Irracjonalne argumenty można przywoływać również ironicznie, np. "Fakty solą wodę na parówki," gdzie "Fakty" pisane będzie z dużej litery, co miałoby sugerować, że popularny program informacyjny przedstawia fakty, by tak rzec, Wybiórczo (podobnie zresztą jak pewien popularny dziennik).
Kibice obrażający się na fakty popełniają jednak błąd. Kiedy przegrywają fakty przestaje mieć znaczenie to, że jest duszno, to że murawa się dziurawi od kopania. Kiedy przegrywają fakty to Stadion Narodowy, na którym odbywa się mecz zamienia się nagle z boiska w wesołe miasteczko, w cyrk. Stadion Narodowy jest to, niezapominjamy, obiekt bardzo nowoczesny. Wszystko może się zdarzyć. Na murawę nagle wychodzą klauni, gibkie tancerki z byłych republik radzieckich, miotacze ognia, a także cała masa dzikich zwierząt - słonie, żyrafy i małpy. Pomiędzy nimi biegają jak zwariowani zwodnicy, tak jednej jak i drugiej drużyny. Nerwowo szuka sobie pozycji redaktor Gmyz i cała grupa dziennikarzy, którzy odeszli z "Uważam rze." Katastrofa smoleńska, która akurat ma piłkę, kiwa Jarosława Kaczyńskiego. Nawet redaktor Lis, który wślizgiem próbował odebrać piłkę katastrofie ma w oczach przerażenie, widząc jak bez pardonu fauluje ją Palikot. - Palikotowi czerwoną kartkę! – woła ktoś z trybun. – Chyba sztandar… - dopowiada ktoś życzliwie.
Jedno powinno być jasne - kiedy przegrywają fakty, wtedy na boisku panuje kompletny chaos. Publiczność ryczy. Częściowo ze śmiechu, częściowo z przerażenia. W centrum tego wszystkiego jest też, rzecz jasna, kardynał Dziwisz, który modli się w czasie zaprzeszłym “Boże, gdyby ten chaos miał prznajmniej wymiar charytatywny…”
Nie wiem jak Państwo, ale kiedy czytam w mediach elektronicznych słowa posła Girzyńskiego o tym, że polska rzeczywistość przypomina dziś okres stanu wojennego, że "jest to rzeczywistość przypominająca już tamten czas, ale jeszcze – na szczęście i miejmy nadzieję, że tylko przypominająca, a nie identyczna" to myślę sobie, że to jest taki moment, w którym fakty dostają bramkę. I to nie jakaś szmata między nogami, to nie jest jakiś kiks, tylko luta z przewrotki z połowy boiska. Myślałem sobie dzisiaj o słowach doktora Girzyńskiego jedząc krwisty stek na kolację i będąc w gronie znajomych nie-Polaków. Mówię im: “słuchajcie, jem prawie surowe mięso… to jest rzeczywistość przypominająca czas walki o ogień, ale jeszcze - na szczęście i miejmy nadzieję, że tylko przypominająca, a nie identyczna.” Nikt mnie oczywiście nie zrozumiał, poczułem się źle i dlatego musiałem napisać ten tekst. Tekst, który oczywiście niczego nie zmieni, bo i tak nikt nie patrzy na boisko, tylko wszyscy się gapią na Natalię Siwiec.
