Minister Gowin mógł niczego nie powiedzieć, mógł Konstytucji z trybuny sejmowej nie obrażać. A jednak powstał. Podszedł, poprawił mikrofon, łyknął wody, rozejrzał się po sali i chlapnął: "Te ustawy są sprzeczne z Konstytucją!" Wstał, chlapnął, a przecież nie musiał. Mógł (powinien był!) siedzieć w tylnej ławie rządowej z tomikiem Arystotelesa w jednej ręce, z Konstytucją w drugiej i czytać, aż by zrozumiał, że te ustawy nie tylko nie były sprzeczne z Konstytucją, ale że dyktowała je też sprawiedliwość.
REKLAMA
Konstytucja wymaga sprawiedliwości (tak tam jest napisane, w Preambule, proszę sprawdzić: "ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa oparte na poszanowaniu wolności i sprawiedliwości"). Sprawiedliwość zaś wymaga, żeby uznać nie tylko związki partnerskie osób tej samej płci, ale także homoseksualne małżeństwa. Proszę pozwolić mi po krótce wytłumaczyć skąd taki wniosek.
Są oczywiście różne koncepcje sprawiedliwości, ale weźmy taką klasyczną, wywodzącą się z Etyki nikomachejskej Arystotelesa. Arystoteles nie miał może wiele do powiedzenia o małżeństwach osób homoseksualnych, ale na temat sprawiedliwości jak najbardziej, wypowiadał się w tej sprawie chętnie i z przekonaniem. Sprawiedliwość, w jego ujęciu, wymaga, żeby przy definiowaniu praw zdefiniować w pierwszej kolejności cel (telos) praktyk społecznych, których owa prawa mają dotyczyć. Kiedy już nam się to uda musimy odpowiedzieź sobie na drugie pytanie, pytanie o to czy ten cel jest czymś, co chcemy w naszej społeczności nie tylko tolerować, ale wręcz chronić i uznawać za wartość?
Zastanówmy się teraz, posługując się tym modelem teoretycznym nad tym jaki jest sens małżeństwa. Małżeństwo jest instytucją, która nie tylko dystrybuuje środki materialne (pozwala na utworzenie wspólności majątkowej, dziedziczenie, wspólne rozliczanie się z podatków), ale też przyznaje pewien, otoczonym nimbem wyjątkowości status. Skąd się bierze szczególne uprzywilejowanie małżeństwa w świadomości społecznej? Odpowiedź jest najczęściej taka, że tylko kobieta i mężyczna mogą mieć dziecko i jest w interesie państwa żeby tylko takie związki uprzywilejowywać poprzez nazywanie ich małżeństwem. Tylko, czy to jest adekwatny opis sensu instytucji małżenstwa? Małżeństwa mogą przecież w Polsce zawierać także osoby niepłodne, pary na łożu śmierci, a także pary heteroseksualne, które w ogóle nie chcą mieć dzieci! Krótko mówiąc argument, że instytucja małżeństwa honoruje tę specjalną zdolność do płodzenia (argument z prokreacji) jest w najlepszym razie naciągany, a prawdopobodnie wręcz fałszywy.
W ten sposób potraktował "argument z prokreacji" w głośnej sprawie Goodridge v. Dept. of Public Health (2003) Sąd Najwyższy w Stanie Massachusetts. Wskazał jednocześnie, że lepszym opisem tego, czym jest małżenstwo, ale także lepszym ideałem moralnym, który należałoby uznać, jest przekonanie o wartości dążenia dwogja ludzi, obojętnie jakiej płci do zawarcia, na wyłączność, związku opartego na miłości. Dostrzec to, a nie ich płeć, jako sens ochrony instytucji małżeństwa to jednocześnie zauważyć, że nie ma żadnego racjonalnego powodu, który dyktowałby konieczność traktowania małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny. Oczywiście jeżeli istniałyby przesłanki do tego, żeby wątpić w to, czy pary homoseksualne są zdolne do tego, żeby kochać, i to na wyłączność, trwać w stabilnych związkach, wtedy być może istniałyby powody do tego, żeby nie przyznwać małżeństwom homoseksualnym takiego samego statusu. Ale to już jest pytanie empiryczne, na które może lepiej odpowie jakiś socjolog albo socjolożka.
Argument z miłości, trwałości i przywiązania jest argumentem z arystotelejskiej sprawiedliwości. Jest to argument nie tylko za ustanowieniem w Polsce związków partnerskich, ale także za zredefiniowaniem w polskim porządku prawnym instytucji małżeństwa. Oczywiście jest to argument filozoficzny, a nie prawniczy (a tym bardziej prawny). Trudno sobie wyobrazić, żeby udało się w najbliższym czasie w Polsce usunąć z Konstytucji problematyczną z punktu widzenia sprawiedliwości (bo opartą na argumencie z prokreacji) definicję małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny. Jedno jest jednak pewne, nie ma w Konstytucji niczego, ani wyrażonego wprost, ani wyrażonego w systemie aksjologicznym na którym jest oparta, co sugerowałoby, że każda z tych trzech ustaw, nad którymi wczoraj głoswał sejm była niekonstytucyjna. Tu się minister-filozof mylił. I, jak sądzę, Trybunał Konstytucyjny by go w tej materii poprawił.
