„Klik, klik, klik“ - pisał przy okazji ostatniej kontrowersji wokół „nagonki“ na Zbigniewa Hołdysa i innych celebrytów Tomasz Lis – „naprawdę łatwo jest zabijać w sieci“. Klik, klik. Przestańcie klikać! To dzieje się jakiś lincz, krytyka musi się przecież mieścić w jakichś granicach! Rozumiem stanowisko redaktora Lisa, który broni krewnych i znajomych królika. (Bzyk, bzyk). Trudno się jednak nie zgodzić z tym, że – przywołując innego bohatera „Kubusia Puchatka“ – to nasze bzykanie coś oznacza. Przypomina o twórczej roli bzykania. „Takie bzyczące bzykanie nie bzyka bez powodu“. O tak, bzykać trzeba praktycznie wszystko i wszystkich, w szczególności zaś trzeba to robić dzisiaj.
O pożytku z bzykania
REKLAMA
Szacunek należy się prawie nikomu
W ostatnich paru tygodniach uczestniczyłem w dwóch spotkaniach z wysokiej rangi politykami europejskimi: ministrem finasów Niemiec Wolfgangiem Schauble (o czym pisałem w poprzednim wpisie) i przewodniczącym Rady Europejskiej Hermanem Van Rompuyem. Obaj panowie przyjechali na uczelnię, gdzie pracuję nad swoim doktoratem. Instytut Europejski we Florencji, czyli jak się o nim mówi „europejski Harvard“, jest dosyć specyficznym miejscem, w którym swój doktorat z ekonomii, prawa i innych nauk społecznych pisze kilkaset osób. Tutaj wiele pomysłów na Europę powstało i powstaje. Wydawałoby się, że tacy „europejczycy“ jak my będą potrafili się wobec dostojnych gości przyzwoicie zachować. A przynajmniej, że nie będziemy za dużo bzykać.
Tymczasem oba spotkania zostały, przynajmniej częściowo, zbojkotowane. Van Rompuy’a oprotestowywali ci, którym niepodobają się niedemokratyczne (czytaj: technokratyczne) działania Rady Europejskiej. Schauble oprotestowali ci, którym nie podobało się m.in to, że „pożyczone“ Grecji pieniądze idą wyłącznie na spłatę prywatnych inwestorów, a nie np. greckiego ZUS, który duży portfel greckich obligacji posiadał. Nie protestowali wszyscy, to prawda. Prawdopodobnie protestowała zdecydowana mniejszość (ok. 10-15% z osób uczestniczących w spotkaniu), ale był widoczny protest (także w europejskich mediach – pisał o tym m.in. The Irish Times i FAZ).
Żeby była jasność – ja nie protestowałem. Więcej, w pierwszym momencie czułem zażenowanie jedną i drugą sytuacją. Dokładnie takie samo zażenowanie czułem wtedy, kiedy po raz pierwszy miałem do czynienia z ludźmi z Occupy Wall Street, a potem kiedy wybuchły w Polsce protesty przeciwko ACTA. Tak samo czułem się oglądając dziewczyny z rosyjskiej punkowej kapeli Pussy Riot, które w proteście przeciwko Putinowi wdarły się do cerkwi i nargrały tam teledysk ku trwodze sprzątających tam kobiet. Zresztą sprawdźcie sami.
Ale warto od czasu do czasu powiedzieć na czym nam zależy
Dlaczego czułem w pierwszej chwili zażenowanie? Bo jestem ironistą. Wszyscy jesteśmy. Nie lubimy jak ktoś się za bardzo angażuje. Jesteśmy pokoleniem cholernych ironistów. Ironia stała się wyznacznikiem naszej dojrzałości. Robimy wszystko, żeby uniknąć jakichkolwiek pozorów naiwności. Dlatego trudno nam dzisiaj powiedzieć na czym nam tak na prawdę zależy. Zamiast podejmować się działałania dla jakiegoś politycznego celu – tak jak robią to ci protestujący – my, ironiści, wolimy się zdystansować od swoich przekonań i wartości. Zwyczajny lęk powoduje, że przyjmujemy postawę gwarantującą immunitet od konfrontacji; nas co najwyżej bawi angażowanie się w działanie na rzecz jakieś sprawy powodowane otwarcie deklarowanymi, autentycznymi intencjami. Hipsterskie nosimy wąsy, ale jesteśmy przede wszystkim tchórzami.
Łatwowiernymi tchórzami. Lubimy ulegać pretensjom "technokracji" i jej monopolowi na efektywność i “realizm”. A razem z naszą uległością kończy się w zasadzie rola dla demokracji, dla nas wszytkich. Może czas z tym skończyć? Cytowałem ostatnio Carne Rossa: “zostaliśmy wtłoczeni w rodzaj apatii, ciągłym powtarzaniem nam przez polityków, że mogą wszystko naprawić. Tymczasem to my jesteśmy najbardziej wpłwowymi podmiotami zmiany.“ Stajemy się nimi kiedy bzykamy. Kiedy bzykamy możemy bowiem niszczyć. A niszczyć trzeba prakycznie wszystko i wszystkich.
Szacunek należy się dobrym pomysłom
Chcę być dobrze zrozumiany. Nie jestem za niszczeniem ludzi. Kiedy Tomasz Lis używa słowa „zabijać“ dopuszcza się daleko idącego nadużycia. Nikt tu nikogo nie chce zabić. A jedynie zniszczyć pewne poglądy, które ktoś reprezentuje (i często tak dalece wciela, że staje się z nimi właściwie tożsamy). Zniszczyć, żeby na ich miejsce mogły pojawić się nowe. Jeżeli jest jakiś teoretyczny klucz do zrozumienia tego, czym nasza polityka i kultura się staje, to jest nim „kreatywna destrukcja“. Zniszczyć, żeby mogło powstać coś nowego.
Myśl o tym, że trzeba coś zniszczyć tylko po to, żeby mogło powstać coś nowego wywodzi się z doktryny ekonomiczno-politycznej Joseph’a Schumpetera. Przed Schumpeterem większość ekonomistów była głęboko przekonana o tym, że równowaga ekonomiczna powodowana jest tym, że wszyscy na chłodno i racjonalnie dokonujemy w życiu wyborów, które powodują maksymalizajcę naszych własnych korzyści. Schumpeter znalazł dla wyjaśnienia tej równowagi trochę inne wytłumaczenie: system ekonomiczny dąży do równowagi dlatego, że wszyscy stosuejmy się w praktyce do pewnych tradycji i zwyczajów. Wszyscy, poza kilkoma osobami.
Te kilka osób – w jego teorii kreatywnej destrukcji – to przedsięborcy, którzy wynajdują nowe sposoby robienia pewnych rzeczy. Są tym samym innowatorami. Ich przedsiębiorcza innowacyjność jest tym, co zdaniem Schumpetera, bardziej niż cokolwiek innego przycznia się do wzrostu gospodarczego. To ona „na zawsze zmienia położenie punktu równowagi.“
I trzeba w ich imieniu kilkać
Wyobraźcie sobie świat, w którym pozycja Hołdysa jako komentatora życia społecznego jest niezachwiana. Wyobraźcie sobie (chociaż tego akurat sobie nie trzeba wyobrażać) świat, w którym pozycja Putina jest niepodważalna. Albo taki, w którym nie da się niczego zrobić z nadużyciami na rynkach finansowych. Taki, gdzie właność intelektulana musi wyglądać dokładnie tak, jak by sobie tego życzył koncern Sony. „Klik, klik, klik“ – ironizuje sobie Tomasz Lis – a tymczasem nasze klikanie, bzykanie, nasze niszczenie jest par excellence politycznym działaniem. To kilkając stajemy się dzisiaj politycznymi podmiotami zmiany. Jesteśmy jak innowacyjni przedsiębiorcy w świecie Schumpetera. To my przyczniamy się do wzrostu gospodarczego. A przy okazji dokonujemy zmiany.
Kiedy oglądam zdjęcia z dzisiejszej manify to jestem, w pierwszej chwili, zażenowany. („Dość demokracji rynkowo-konkordatowej! Przecinamy pęopwinę!)?? Ale (chociaż to może źle zabrzmi) z bzykania feministek też jest jakiś pożytek. Wciąż trzeba coś niszczyć. Z niszczenia jest wiele pożytku.
