Jedną z rzeczy, które najbardziej wyróżniają nasze czasy jest to, że wszyscy mamy prawa, że wszyscy mamy dużo różnych praw. Na przykład redaktor Tomasz Raczek ma prawo do wolności słowa - może o filmie "Kac Wawa" pisać, co sobie tylko chce. Jego twórcy mają z kolei prawo do tego, żeby nikt ich nie zniesławiał, żeby nikt nie poniżał ich w oczach opinii publicznej, nie narażał na utratę zaufania potrzebnego do tego, żeby zarabiać na chleb. To normalne, że te prawa stają czasem w konflikcie. I jest tylko właściwym, żeby ten konflikt rozstrzygał filozof, przepraszam... właściwym jest tylko żeby rozstrzygał go sąd.
REKLAMA
Poseł Hofman orzeka rze
Sędzia, a filozof... jaka to różnica? Platon wyobrażał sobie państwo rządzone przez filozofów, "miłośników mądrości". Rekrutować mieli się oni z pośród tych, którzy przez całe życie pracowali dla państwa, a dopiero dla ukoronowania swojej kariery brali się za filozofię i rządzenie. Trudno dziś sobie takie państwo wyobrazić. Poseł Adam Hofman rujnuje dla nas to wyobrażenie. Ale wyobraźcie sobie, że wielu ludzi o mentalności, doświadczeniu i w wieku Hofmana zostaje w Polsce sędziami. Taki system. Parę lat studiów, dwa lata szkoły dla sędziów i już można orzekać. W sprawach o małżeństwa, spadki, spółki itp. Ale przecież także o podstawowe konstytucyjne wartości, które przepisy o małżeństwach, spadkach i spółkach urzeczywistniają. Zaczynam więc ten tekst od postulatu do Ministra Gowina: zreformujmy system sądownictwa tak, żeby sędzią można było zostać dopiero jak się skończy...nie wiem, przynajmniej 40, 50 lat. Bo chociaż ten wiek nie gwarantuje mądrości, to przynajmniej oznacza jakieś doświadczenie życiowe. A to, gdy się rozstrzyga sprawy, w których stawką są podstawowe konstytucyjne wartości, okazuje się mieć znaczenie kluczowe.
Zróbmy z Polski królestwo filozofów
Nie mam znajomych monarchistów, ale wiem, że tacy ludzie istnieją. Chcą przywrócenia monarchii (niektórzy z Maryją jako królową). Monarchii nie będzie na szczęście. Jest i będzie demokracja. W tej demokracji mamy dużo wolności i dużo z wolności wypływających praw. Przykład z wczoraj: redaktor Tomasz Raczek ma prawo do wolności słowa - może o filmie "Kac Wawa" pisać co sobie tylko chce. Jego twórcy mają z kolei prawo do tego, żeby nikt ich nie zniesławiał, żeby nikt nie poniżał ich w oczach opinii publicznej, nie narażał na utratę zaufania potrzebnego do tego, żeby zarabiać na chleb. Nazwijmy to pierwsze prawo "wolnością słowa", to drugie zaś "prawem do godności". Jak rozstrzygnąć, które z nich powinno przeważyć, co zrobić ma sędzia, kiedy za parę miesięcy staną przed nim redaktor Raczek i producent filmu Jacek Samojłowicz?
Taki sędzia musi zabawić się w filozofa.* Pomyśli wtedy sobie: no tak, redaktor Raczek korzysta ze swojego prawa do wolności słowa to znaczy, że państwo nie ma prawa wykorzystać aparatu przymusu, który ma do swojej dyspozycji, żeby go za jego gadanie/pisanie karać. Czy to znaczy jednak, że nie może tego robić nigdy? Jego prawa nie są przecież absolutne. Ale co to właściwie znaczy? Gdzie leży granica? Które prawo jest ważniejsze, a które trochę mniej ważne? I dlaczego? Wczoraj pod tekstem o pozwie złożonym przeciwko Raczkowi przez Samojłowicz toczyła się na ten temat gorąca dyskusja. Nie wykluczone, że taki sędzia powinien do tej dyskusji sięgnąć. Rożnica między dyskutującymi w komentarzach, a filozofem-sędzia jest jednak taka, że ten ostatni musi sprawę rozstrzygnąć. Nie na zawsze, nie na amen, ale musi ją w końcu rozstrzygnąć.
Rozstrzygając sprawę będzie brał pod uwagę obowiązujące prawo i argumenty stron. Ale powinien też brać pod uwagę fakty, kontekst, zmieniające się w Polsce zwyczaje. Zmieniające się razem z nim rozumienie tego gdzie leży granica pomiędzy korzystaniem z wolności słowa, a obrażeniem. Kiedy to rozstrzygnie będziemy mogli dalej rozmawiać i zastanawiać się nad tym, czy to było dobre rozwiązanie.
Są tacy, którzy uważają, że można te sprawy rozstrzygnąć raz na zawsze, że można sformułować łatwo stosowalny standard, który będzie się potem aplikowało we wszystkich sytuacjach, że można na przykład powiedzieć, że prawo Tomasza Raczka jest ważniejsze, ustanowić precedens i odrzucać z miejsca pozwy wszystkich przyszłych Samojłowiczów. Cóż, moim zdaniem (oszczędzę Wam przytaczania przykładów) nie jest to ani możliwe, ani pożądane. Wierzę w rozstrzyganie takich (zgodzicie się chyba) filozoficznych dylematów małymi kroczkami, od sprawy do sprawy. Wierzę w pozostawianie sędziom dużego marginesu swobody (pod warunkiem, że spełnią warunek życiowego doświadczenia, o którym pisałem wyżej). Ktoś te dylematy musi rozstrzygać i najlepiej nadają sie do robienia tego sędziowie. Sędziowie-filozofowie.
Obrazić w zamiarze ewentualnym
Pozywanie za nieprzychylną recenzję to raczej ewenement, nawet jak na standardy Hollywoodu. A tam ludzie procesują się - można by czasem odnieść takie wrażenie - z nudów. Pierwszy taki proces miał miejsce w 2010 roku. Producent niezależnego filmu "Iron Cross" (o ocalałym z Holocaustu, który powraca po latach do Niemiec, żeby odnaleźć swoich dawnych oprawców) pozwał magazyn Variety za recenzję, która nie była nawet specjalnie miażdżąca. Najostrzejsze w niej zdanie to, że "film zostanie zapamiętany jako "łabędzi śpiew Roya Schneidera i niewiele więcej". Nic więc dziwnego, że sąd w Kalifornii pozew odrzucił.
Tamten wyrok daje nam jednak pewną perspektywę porównawczą. Nie jest to perspektywa ostrości krytycznego pióra, ale wrażliwości producenta (czy raczej nadwrażliwości). Producent filmu jest przedsiębiorcą. I tak się czasami dzieje w świecie przedsiębiorców, że jak się w coś włoży kasę, to się jej już nie zobaczy. Trudno, żeby każdy przedsiębiorca chodził po telewizjach i sądach i mówi, że jego firma zbankrutowała, bo nie każdy konsument miał okazję spróbować jego wyrobu. Pozew Samojłowicz jako sędzia-filozof bym więc z miejsca odrzucił.
Nad pozwem reżyserki filmu 'Big Love'- Barbary Białowąs - przeciwko recenzentowi Michałowi Walkiewiczowi za naruszenie dóbr osobistych bym się poważnie zastanowił. I doszedł do wniosku, że przekroczył on granicę krytyki. Wyrok byłby jednak niski, bo recenzent był młody i głupi, nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji. Jak to się mówi w żargonie prawniczym, obraził on Barbarę Białowąs w zamiarze ewentualnym. Według polskiego prawa w zamiarze ewentualnym można nie tylko dać po ryju, można też kogoś obrazić. A jeżeli robiło się to pod wpływem emocji, to wynikającego kaca najlepiej wyleczyć przeprosinami. Nawet w królestwie filozofów dogadanie się bez pośrednictwa sądu jest zawsze lepszym rozwiązaniem.
*Wizja sędziego jako króla-filozofa zaczerpnięta jest z ksiązki profesora George'a C. Chrisite "Philosopher Kings?" (Oxford University Press, 2011), przy pisaniu której trochę pomagałem będąc jego asystentem.
