Budowę trójnawowej, gotyckiej bazyliki św. Krzyża (Santa Croce) we Florencji rozpoczęto w roku 1294. Została ona zaprojektowana na planie krzyża egipskiego (w kształcie litery T). Nawy oddzielają od siebie rzędy ośmiobocznych filarów połączonych zaostrzonymi łukami arkad. Całą posadzkę przykrywają kamienne płyty nagrobne. Co znakomitsi florentyczycy - Dante, Galileusz, Machiavelli czy Michał Anioł - mają w Kościele Św. Krzyża okazałe grobowce. Miejsce spoczynku Michała Anioła na przykład (projektu Vasariego) znajduje się zaraz przy głównym wejściu, po prawej stronie. Moja znajoma, którą oprowadzałem dziś po Florencji, zauważyła ze zdziwieniem, kiedy weszliśmy koło południa do Santa Croce, że przy grobowcu idola włoskiego Renesansu nie ma żadnych kwiatów. "-Dziwne, przy grobie Jima Morrisona jest całe mnóstwo."

REKLAMA
Cóż, być może nie była przygotowana na refleksyjną atmosferę bazyliki (mniejszej). A ta jest zupełnie niezwykła. Na przedłużeniu nawy głównej znajduje się Kaplica Capella Maggiore z freskami przedstawiającymi Legendą o Św. Krzyżu namalowanymi przez Agnola Gaddiego w roku 1380. Nad poliptykiem z Madonną i świętymi wykonanym wg projektu Geriniego umieszczony jest masywny krucyfiks.
Ukrzyżowany Jezus spoglądał dziś z niego na grupkę wiernych zgromadzonych w raptem kilkunastu ławach ustawionych przodem do ołtarza. Przestrzeń kościoła pomieściła by takich ław z pewnością kilkaset, pozostaje ona jednak niemal zupełnie pusta. Przy wejściu tłoczy się grupa turystów, oddzielona od części modlącej się dyskretnymi, zwisającymi z niskich, pozłacanych słupków linami. Są zawiedzeni tym, że nie mogą podejść bliżej ołtarza, zrobić sobie zdjęcia z grobowcem Galileusza.
Niektórzy z nich (z jakichś powodów częściej kobiety) pozostają nieposłuszne wezwaniom dyskretnych tabliczek ("entry only for prayer") i szturmują przestrzeń skupienia z aparatami w rękach, w swoich sporotowych butach i pstrokatych leginsach. Żadnej z nich nie udaje się jednak pokonać nawet połowy dystansu dzielącej wejście od ołtarza. Dzielnie i skutecznie powstrzymują je florenccy kościelni w granatowych kurtkach.
Co nie znaczy, że tej przestrzeni pokonać się nie da. Kiedy wchodzilimśy do bazyliki – ja i J. - byliśmy zwyczajnymi turystami (bez pstrokatych leginsów, ale jednak), ale im dlużej obserwowaliśmy z dystansu małą grupkę wiernych zgromadzonych wokół ołtarza, im bardziej wsłuchiwaliśmy się w harmonijny głos kościeglnego chóru i akompaniującą mu muzykę (tak bardzo kontrastującą z tym, co wygrywało na zewnątrz cygańskie trio) tym bardziej atrakcyjna stawała się perspektywa momentu refleksji na zakończenie raczej pozbawionego refleksji tygodnia. Pokornie schyliliśmy więc głowy, złożyliśmy ręce i dyskretnie minęliśmy kościelnego, informując go swoimi pokornymi gestami, że przyszliśmy poświęcić palmę.
Idąc w skupieniu w stronę ołtarza mijaliśmy przylegjące do nawy poprzecznej kaplice. Jest wśród nich m.in. kaplica Castellanich. Znajduje się w niej grobowiec polskiego malarza Michała Bogoria-Skotnickiego (1775-1808), oraz księcia Michała Kleofasa Ogińskiego (1765-1833), polityka (posła na Sejm Czteroletni) i kompozytora, W drugim krużganku znajduje się tablica nagrobna Aleksandry Moszczeńskiej, zmarłej w wieku 22 lat w 1838 roku, ukochanej Juliusza Słowackiego.
Tuż obok znajduje się kaplica Salvatich - a w niej nagrobek córki Izabeli Czartoryskiej - Zofii Zamoyskiej z Czartoryskich, zmarłej w 1837 roku, a także nagrobek Zofii Cieszkowskiej z Kickich w formie brązowych "drzwi śmierci", wykonany w latach 1870-72 przez mieszkającego we Florencji poetę i rzeźbiarza Teofila Lenartowicza. Jego dziełem jest również znajdująca się w Santa Croce płaskorzeźba – epitafium Włocha Stanislao Bechiego, powstańca styczniowego, przedstawiająca moment jego egzekucji przez Rosjan (1882) we Włocławku.
Mniejsza jednak o akcenty polskie. W nawie poprzecznej znajdował się również mały stolik, na którym leżały gałązki oliwne, które nadają się na symboliczne palemki nie gorzej niż polskie bazie. J. ułożyła z nich małą wiązankę, ja wrzuciłem euro (kto wie, może ochodzące z Cypru?) w ofierze (za Cypr również złożyłem modlitwę), i usiedliśmy w jednej z ostatnich ławek.
Cóż za 20 minut, cóż za doznania! Msza św. (pierwsza od dawna) w towarzystwie Dantego, Galileusza, Machiavellego i Michała Anioła. Chóralne śpiewy, pod sklepieniem freski Gaddiego i natchniony głos kapłana. Czytanie z pisma (długie), kazanie (jeszcze dłuższe). Mniej więcej w połowie straciłem zainteresowanie. Było mi wstyd, przed samym sobą, ale i przed smutną i cierpiącą twarzą Chrystusa na krzyżu.
Tyle, że naprawdę nie starcza mi uwagi na mowę dłuższą niż 20 minut! Może przywykłem do tego, że w kontekście akademickim nawet największe autorytety dostają maksymalnie 15 minut, żeby się wypowiedzieć? Może nie powinienem tego przekładać na liturgię? Może kapłanom należy się inna taryfa? I już miałem się w myślach pokajać, kiedy przypomniałem sobie powszechne zdziwienie krótkimi kazaniami papieża Franciszka, któremu to zdziwieniu jeden z katolickich magazynów zadedykował ostatnio cytat z papieskiego imiennika - Franciszka z Asyżu: "Napominam braci, by ich kazania były krótkie, ponieważ Pan nasz na ziemi mówił krótko."