Wielkanoc w deszczu jest lepsza niż Wielkanoc w śniegu. Szczególnie jeżeli mowa o ciepłym, wiosennym deszczu. Być może kiedyś zaczniemy mówić też o ciepłym, wiosennym śniegu (tak jak mówimy o ciepłych "lodach"), ale jak na razie problemem jest śnieg zimny, zimowy.
REKLAMA
Śnieg jest problemem o tyle, że jeżeli Wielkanoc ma rzeczywiście korzenie pogańskie, jeżeli wywodzi się od "świąt" obchodzonych na cześć bogów światła i wiosny, to zimny, zimowy śnieg wprowadza zamęt. Jakie światło? Jakie odrodzenie? Od wielu miesięcy ten sam ponury syf.
Można sobie z tego żartować. Można prosić tych, co się modlą o zimę i śnieg, żeby już przestali. Można próbować dopomóc wiośnie, topiąc marzannę albo jedząc śnieg. Można zimę próbować przekupić wkładając w śnieżną zaspę kopertę z symboliczną łapówką, ale żarty, podobnie jak wiersze, mają to do siebie, że nie mają siły sprawczej. "For poerty makes nothing happen" (Auden).
Piszę tu o Wielkanocy w śniegu, chociaż trochę na wyrost, trochę z relacji osób trzecich. (Ale wiarygodnych, bo potwierdzonych fotografią i dramatycznym podpisem "budzę się, a tam za oknem masakra!"). Ja w tym roku obchodzę Wielkanoc w deszczu. Nie było czasu wrócić do domu. Dom przyjechał do mnie. Zaskoczony, że można bez kurtki iść wyrzucić śmieci. (Bez kurtki można, ale parasol potrzebny).
Wielkanoc w deszczu jest lepsza niż Wielkanoc w śniegu. Ale też nie nastraja optymizmem. Chodzimy po tym mieście i też się pojawiają pytania o światło, wiosnę, o naturę tego przełomu, który ma nastąpić. Zgodna, te pytania milkną w tych momentach, kiedy się zastanawiamy, o jakim smaku zjeść lody (zimne, włoskie). Pytania wkrótce jednak wracają, często ze zdwojoną siłą.
Bo załóżmy na chwilę, że to się dzieje naprawdę.
Piątek. Umiera Chrystus. Ziemię spowija ciemność. Nikt nie wie, co się wydarzy. Może to już koniec? Może ta zima, ten śnieg, ten deszcz, to syfiaste błoto, może ono już zawsze będzie spływać tymi ulicami? Może się zapchają te studzienki kanalizacyjne, gówno wybije i całe miasto zaśmierdzi? Raz i na zawsze zaśmierdnie. A my razem z nim.
Sobota. Jeszcze mniej opytmizmu. Kościoły zamknięte. Połamany parasol (od wiatru, pogoda się pogarsza). Można się ratować dziczyzną i dwiema (małymi) butelkami Vernacci. Ale cały dzień i tak w napięciu, cały dzień w oczekiwaniu. Cały dzień w deszczu. (A na koniec jeszcze ten koncert organowy w di Santa Margherita in Santa Maria de' Ricci... wszystkie dźwięki w tonacji bólu, cierpienia i lęku).
Oczywiście większość ludzi ma to wszystko w pompie. W sobotę wieczór po Florencji kręcą się grupy narąbanych nastolatków. (Najgorsi są Amerykanie w tych swoich bejsbolówkach, polarach i klapkach). Rozpoznaję kilku swoich studentów, odmawiam przyłączenia się do korowodu ("Następny przystanek kebab!" - woła jeden z nich, o świńskiej urodzie). Ja dziękuje. Idę sam dalej.
Mój następny przystanek to Santissima Annunziata, barokowy kościół niedaleko centrum. Tak, trzeba trochę zboczyć z drogi, tak trzeba się przedrzeć przez sprzedawców narkotyków i żebrzących cyganów, ale w środku ukojenie. Msza rezurekcyjna odprawiana przez siedmiu kapłanów, kadzidła, wielogłosy, chóry, dynamizm rezurekcyjnej liturgii. Procesja ze świecą od jednej nawy do drugiej, a my za nią. Za księgą. Za kapłanami, ornatami, perlerynami. My, w obcasach, pikowanych kurtkach, podszywanych kolorowym materiałem płaszczach. Coraz intensywniejszy zapach kadzideł. Północ. Bicie dzwonów. Zmartwychstał Chrystus. Można wrócić do domu.
Załóżmy na chwilę, że to się dzieje naprawdę, że się budzę w niedzielę i jest we mnie więcej nadziei, miłości i wiary. Założmy że moje serce wybucha radością jak ten wózek w niedzielę o 11:00 na placu przed florencką katedrą, cały wyładowany fajerwerkami. Eksplozja wózka, scoppio del carro.
Ogień, fajerwerki, pożar, którego nawet deszcz nie zgasi, którego nawet śnieg nie zakryje, nie oziębi, nie zdławi. Załóżmy na chwilę, że to się dzieje naprawdę, że Chrystus zmartwychwstał, żeby nas zbawić.
