
Każde miasto ma swojego wariata. Czasem ma ich wielu, zbyt wielu. Piszę "wariata," chociaż mam świadomość, że to nie brzmi dobrze. Mało w tym względu na człowieka, na jego genetyczne predyspozycje, proces jego socjalizacji (w rodzinie, w szkole), na często dramatyczne koleje jego losu. "Każde miasto ma swojego wariata" - to może nie brzmi dobrze, ale wszyscy wiemy, o czym mówię. Każde miasto ma swojego wariata, obłąkańca, czubka.
REKLAMA
Najwięcej mają ich chyba miasta amerykańskie. Trudno przejść parę kroków po Downtown Detroit czy Houston (nie mówiąc już o Nowym Jorku), żeby nie zostać zaczepionym przez jakiegoś gościa (częściej jednak mężczyznę niż kobietę) z misją rozmowy, głoszenia słowa bożego albo wyciągnięcia od nas paru groszy. Są to najczęściej jednostki zupełnie nieszkodliwe, w sumie poszkodowane przez system, w którym nie zapewnia się im miejsca w jakimś ośrodku lepiej przystosowanym niż ulica do leczenia schorzeń psychicznych.
Ale wariaci są oczywiście wszędzie. Wielu z nich to całkiem pozytywne jednostki. W Poznaniu, przy jednym z przystanków szybkiego tramwaju zawisła seria plakatów autorstwa młodej poznańskiej artystki Karoliny Kotowskiej z cyklu jej prac "Znani z Poznania." Wśród nich pan Zenek z Mięsnej, Mężczyzna z magnetofonem, Państwo Kalinowscy, Król targowy i wielu innych. Cała plejada "czubków". Ale nieszkodliwych, pozytywnych.
Jeden "wariat" zaczepił mnie też dzisiaj na placu Św. Marka we Florencji, kiedy czekałem na autobus. Sam się prosiłem. Trzymałem pod pachą trzy grube książki, więc dałem mu łatwy pretekst do pogawędki. "- Ale masz duże książki!" - zagaił już z oddali i skierował kroki w moją stronę. "- Co to za książki?" Po czym nastąpiła rzecz jasna cała seria pytań, łącznie z pytaniem o to "co mam w swojej sekretnej torbie" itd. Wreszcie nieuchronne: -" Skąd jesteś? Z Ameryki?" "- Nie, z Polski."
Oddalił się, ale obserwowałem go jeszcze przez parę minut przed przyjazdem autobusu. Podszedł w tym czasie to jeszcze trzech innych osób. Była w nim, jak widać, bardzo silna chęć rozmowy. Nie ważne z kim, nie ważne o czym. Musiał być po prostu samotny.
Tyle, że każda z kolejnych osób, do których podszedł, każda z pozostałych osób, do których zagadał na przystanku była mu tak samo obca jak ja. Przynajmniej w części dlatego, że żadna z nich nia była Włoszką/Włochem. Kolejną ofiarą wariata z placu Św. Marka był Hiszpan, który jeszcze był w stanie coś odpowiedzieć, ale już następni w kolejce, Amerykanin i Francuzka, nie tylko nie rozumieli co mówił, nie tylko nie potrafili nic odpowiedzieć nie znając w minimalnym stopniu włoskiego, ale też całkowicie go zignorowali, odwracając się w przeciwną stronę.
Kiedy obserwowałem go już z okien odjeżdzającego autobusu to pomyślałem sobie, że ten "mój" wariat był na tym placu trochę jak Korea Północna w zglobalizowanym, zamerykanizowanym świecie - anachroniczna, bezradna, zdesperowna i w tym wszystkim trochę śmieszna.
Czytam dziś na różnych portalach, że "Północnokoreański reżim od dekad stara się wiązać swoje najważniejsze decyzje z cyfrą "9." Dziewiątka miała zostać wybrana na szczęśliwą cyfrę jeszcze przez Kim Ir Sena. Oznacza to, że 10 kwietnia może stać się coś ważnego." Myślę sobie - "Boże, co za bzdury!". Cały świat tym żyje, zamiast to zostawić paru specjalistom. Cały świat żyje pytaniem Kim Jong-una - "A co państwo mają w sekretnej torbie?"
NBA, facebooka, coca colę i zero litości.
