W 1957 roku, w wieku lat osiemnastu, przyszły miliarder i założyciel telewizji CNN, Ted Turner, poinformował swojego ojca, że podejmie się studiów na kierunku filologii klasycznej. Ojciec - amerykański magnat bilbordowy - był, delikatnie mówiąc, zaskoczony i odpisał do syna w natępujących słowach:
REKLAMA
"Mój drogi synu,
Jestem porażony Twoją decyzją o podjęciu studiów z filologii klasycznej. W istocie prawie zwymiotowałem dziś w drodze do domu. Przypuszczam, że jestem staromodny, sądząc, że celem edukacji powinno być umożliwienie rozwinięcia w sobie wspólnoty zainteresowań z innymi ludźmi, zrozumienia ich, tego, co ich motywuje i jak ułożyć sobie z nimi dobre relacje.
Coż, jestem człowiekiem praktycznym, i nie mogę po prostu zrozumieć, dlaczego chcesz mówić po grecku. Z kim będzie się komunikował w tym języku?
Przeczytałem w ostatnich latach kilka tekstów Platona i Arystotelesa, i byłem zaskoczony, że te stare dranie myślały podobnie do tego, jak myśllimy dzisiaj. Byłem jeszcze bardziej zaskoczony tym, że mieli tyle czasu na deliberacje, i nawet zacząłem zastanawiać się nad naturą cywilizacji, która pozwala na tak bezużyteczne spędzanie czasu.
Zaraz pomyślałem sobie jednak, że to może nie jest wcale takie niezwykłe, zważywszy, że moje krowy są bardzo podobne do tych sprzed dziesięciu czy dwudziestu pokoleń. O ile Platon i Arystotels to ciekawa lektura na czas wolny, to jest zdumiony tym, że zdecydowałeś się poświęcić im cały swój czas."
List był w rzeczywistości o wiele dłuższy i wyliczał dalsze pragmatyczne argumenty przeciw poświęcaniu czasu na studiowanie tekstów greckich filozofów. Okazały się one zresztą dość przekonujące, bo chociaż Turner junior podjął studia klasyków, to już dwa lata później zamienił filologię klasyczną na ekonomię. Tych studiów też zresztą nie dokończył, bo został wyrzucony z uniwersytetu po tym jak przyłapano go na przyjmowaniu w akademiku wizyt od jednej z studentek.
Moi bracia mówią po grecku
Przypomniałem sobie o tym liście czytając ostatnio zamieszczony w numerze szóstym Teologii Politycznej tekst Piotra Szlagowskiego i Tomasza Stefanka "Stásis w Polsce". Jest on wysoce wysublimowaną intelektualnie analizą sytuacji politycznej w Polsce "posmoleńskiej". Szlagowski i Stefanek analizują naturę konfliktu, jaki wywiązał się w związku z katastrofą przez pryzmat greckiego pojęcia stásis, które można (chociaż niedoskonale) przetłumaczyć jako “wojna domowa”.
Wychodząc z założenia (nie pozbawionego zresztą podstaw), że język współczesnej nauki o polityce, a także język debaty publicznej cierpi "na brak narzędzi, które pozwoliłyby zrozumieć i opisać całościowy charakter demokratycznego życia politycznego", autorzy eseju sięgają do przeszłości i to tej całkiem odległej, próbując takie narzędzia znaleźć. W tekście, który najpierw po krótce opiszę, by później się do niego odnieść, biorą na warsztat właśnie stásis.
Centralnym puntkem ich analizy jest katastrofa smoleńska.
Oto dziesiątego kwietnia 2010 roku na ruskiej ziemi, pod Smoleńskiem, niepodal miejsca kaźni oficerów polskiej armii roku 1940, rozstrzaskał się o pas startowy samolot z prezydentem, delegacją rządową, prezesem banku narodowego, generalicją. Nie przeżył nikt. Trudno się nie zgodzić z obserwacją autorów, że w obliczu tej tragedii dało się wyczuć w naszym kraju potężną, płynącą z serca potrzebę wspólnoty. Wydawało się, że Polacy poczuli swoje powołanie, powołanie do tego, by stać się cześcią czegoś większego, wezwanie do tego, żeby zrobić dla swojego kraju coś więcej, więcej niż zwyczajne życie zazwyczaj wymaga. To przecież w tym duchu działacze organizacji harcerskich ustawili 15 września 2010 roku krzyż pod Pałacem Prezydenckim. Dlaczego wkrótce potem rozgorzała wokół niego kolejna polsko-polska wojna? – pytają Szlagowski i Stefanek.
Między bytem a niebytem
W tamtym pamiętnym, tragicznym momencie powrócił – zdaniem autorów – prześladujący Polaków od ponad 200 lat problem – problem “nieznośnego zawieszenia między bytem a polityczną zagładą.” Przypomnieliśmy sobie wszyscy – przekonują nas Szlagowski i Stefanek, – że Polska niby jest, ale może jej nie być. Było to zatem doświadczenie doktykające najgłębszego wymiaru życia - tak indywidualnego, jak i zbiorowego - wymiaru egzystencjalnego.
Bezpośrednią przyczyną wybuchu stásis w Polsce było – i tutaj dociearmy do jądra ich analizy – sposób, w jaki na katastrofę smoleńską zareagował rząd Donalda Tuska i jego zwolennicy, a więc większość mediów, wielu przedstawicieli elit i establishmentu oraz znaczna część obywateli. Chodzi tu o "świadome odwrócenie się od dramatycznego problemu, jakim jest usytuowanie Polski między istnieniem a polityczną zagładą."
I dalej "podjęcie wysiłków na rzecz pojednania politycznego z Rosją zostały odebrane przez drugą stronę jako zerwanie więzi zaufania, która tuż po katastrofie połączyła Polaków w bólu, ale i w determinacji, aby w obliczu tragedii razem przeciwstawić się poczuciu grozy i po raz kolejny wspólnie przyjąć wyzwanie rzucone przez los.”
Szlagowski i Stefanek ze zrozumieniem przyjmują fakt, że w obliczu takiego rozwoju wydarzeń, prawa strona barykady sięgnęła do rezerwuaru polskiej tradycji republikańskiej, “aby podnieść straszne oskarżenie o zdradę narodową, na które odpowiedzią były szyderstwo i zarzut politycznego szaleństwa.” Od tego czasu” – przekonją – “toczy się w Polsce zimna wojna domowa, w której wykorzystywane są rzecz jasna tylko słowa, gesty i symbole, choć nie sposób przecież pominąć wydarzenia z października 2010 r., kiedy to w Łodzi z powodów politycznych zamordowany został pracownik biura poselskiego PiS.”
Szlagowski i Stefanek ze zrozumieniem przyjmują fakt, że w obliczu takiego rozwoju wydarzeń, prawa strona barykady sięgnęła do rezerwuaru polskiej tradycji republikańskiej, “aby podnieść straszne oskarżenie o zdradę narodową, na które odpowiedzią były szyderstwo i zarzut politycznego szaleństwa.” Od tego czasu” – przekonją – “toczy się w Polsce zimna wojna domowa, w której wykorzystywane są rzecz jasna tylko słowa, gesty i symbole, choć nie sposób przecież pominąć wydarzenia z października 2010 r., kiedy to w Łodzi z powodów politycznych zamordowany został pracownik biura poselskiego PiS.”
Stásis w Polsce
Oto stásis w Polsce. I nie chodzi rzecz jasna o stásis rozumianą jako krwawa wojna domowa – wyjaśniają autorzy – “bo to jej ostateczne i najstraszliwsze stadium, ale raczej jako proces, w którym gorący konflikt polityczny między stronnictwami staje się tak intensywny, że zatrzymuje wspólnotę polityczną w bezruchu, uniemożliwia rozwój i zbiorowe działanie, a w najgorszym wypadku może prowadzić do trwałego rozpadu."
Ta sytuacja kojarzy się rzecz jasna Szlagowskiemu i Stefankowi, jak wszystko, ze antykiem, a konkretnie z najsłynniejszym opisem stásis - u Tukidydesa. Tak jak na Korkirze, tak i w Polsce - snują swoje porównanie - "spór o władzę, wpływy i sprawiedliwy ustrój zostaje uzupełniony o aspekt wierności ojczyźnie, co nie tylko podnosi jego temperaturę i budzi namiętności, ale przede wszystkim stawia pod znakiem zapytania sens jakiejkolwiek dyskusji o wspólnych sprawach, bo podstawowe, pierwotne wobec wszelkich różnic „my” zostaje w ten sposób podane w wątpliwość."
Podoba mi się podjęta przez Szlagowskiego i Stefanka próba spojrzenia na sytuację w Polsce przez pryzmat zapomnianego greckiego pojęcia stásis. Istotnie, można dziś w Polsce mówić o czymś na kształt wojny domowej. Tyle, że – i tutaj Panowie Szlagowski i Stefanek się mylą - żródłem stásis w Polsce nie jest świadome odwrócenie się przez część polityków, społeczeństwa czy mediów od “problemu niebytu.”
Czy Polsce grozi zagłada?
Od tego problemu nikt się nie odwraca. Od 1989 roku konsekwentnie podejmujemy w Polsce zbiorowe wysiłki nakierowane na to, żeby ten problem nigdy już nie przybrał realnych kształtów. Najważniejszym przejawem tego działania było dążenie (prawie) wszystkich sił politycznych do umocowania Polski w strukturach międzynarodowych. I to się zasadniczo udało.
Problem “nieznośnego zawieszenia między bytem a polityczną zagładą,” o którym miała nam rzekomo przypomnieć katastrofa smoleńska, był problemem Rzeczpospolitej w sytuacji, w której nie znajdowała ona umocowania w międzynarodowych sojuszach. Trudno za “umocowujące” uznać te zawierane w czasach I RP, kiedy to Polska – jak zauważył kiedyś trafnie Paweł Jasienia – nie była podmiotem swojej własnej polityki. Wojny, które toczyła, toczone były w interesie dynastii, które akurat Polską rządziły. Podobnie było z, najczęściej kruchymi, dynastycznymi sojuszami.
Oparcia w stukturach międzynarodowych szukała II RP, ale raczkująca wtedy dopiero Liga Narodów nie była jeszcze organizacją zdolną do skutecznego wypełniania swojego mandatu czyli utrzymywania pokoju i współpracy na świecie. O wiele skuteczniejsza była już pod tym względem utworzona po II WŚ z inicjatywy Stalina Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, której członkiem Polska stała się jednak nie z własnej woli, a z przymusu.
Jest zatem jedna zasadnicza różnica między IRP, II RP, PRL a III RP - ta ostatnia jest mocno zakorzeniona w instytucjach międzynarodowych - przede wszystkim Unii Europejskiej i NATO - których członkiem stała się z własnego, nieprzymuszonego wyboru, kierując się swoim najlepiej pojętym interesem – dążeniem do rozwiązania raz na zawsze problemu “nieznośnego zawieszenia między bytem a polityczną zagładą.” A także czerpiąc przy okazji z tej przynależności inne wymierne profity.
Mogłoby się to wydawać oczywiste, ale jak widać dla Szlagowskiego i Stefanka nie jest. Podobnie z rolą instytucji, takich jak choćby polska Konstytucja, która pozwala polskiemu państwu – w chwilach największej próby, takiej jak śmierć głowy państwa – działać sprawnie. Ani przez chwilę nie miałem po katastrofie smoleńskiej poczucia, że byt Polski jest zagrożony, że państwo przestało działać. Owszem, nie wszystkie sprawy zostały załatwione idealnie (vide sprawa wraku), ale żadna z nich nie zagrażała bytowi Polski. Zadziałało umocowanie Polski w Europie, zadziałały polskie instytucje.
Zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że to, co tu piszę jest dosyć banalne, że moja analiza jest powierzchowna, pozbawiona humanistycznej sublimacji doświadczenia “ludu posmoleńskiego,” a ponadto niezbyt elegancka. Ale jestem, trochę jak stary Turner, człowiekiem praktycznym. Trudno mi po prostu zrouzmieć, jak Szlagowski i Stefanek mogą powyższe fakty ignorować i konstatować, że tak istotna cześć społeczeństwa (w tym ja) “zamiast przeciwstawić się poczuciu grozy i po raz kolejny wspólnie przyjąć wyzwanie rzucone przez los,odwróciła się od dramatycznego problemu, jakim jest usytuowanie Polski między istnieniem a polityczną zagładą.” Tak po prostu nie było!
Trudno nie odnieść wrażenia, że w swojej analizie źródeł stásis w Polsce, Szlagowski i Stefanek pogubili się trochę, tak jak trochę pogubił się przy wyborze kierunku swoich studiów Ted Turner, tak jak przy okazji katastrofy smoleńskiej pogubiła się cała rzesza konserwatywnych warszawskich intelektualistów, tak jak pogubili się Antoni Macierewicz czy Jarosław Kaczyński. Zbyt łatwo ulegli pokusie dostrzegania powtarzających się motywów, nie dostrzegając przy tym radykalnie odmiennego kontekstu. Szlagowski i Stefanek zwracają zresztą na to uwagę na wstępie pisząc, że próba patrzenia na rzeczywistość polityczną, w której żyjemy, oczami jej przyszłego historyka to przedsięwzięcie tyleż fascynujące, co niebezpieczne." I na takie niebezpieczeństwo się wystawiają.
Przejmujący lęk przed niebytem
Tak, w Polsce posmoleńskiej, wykształciło się coś na kształt wojny domowej, greckiego stásis, ale jej źródłem nie była zdrada części narodu. Jej źródłem był zwyczajny lęk. Ten lęk karmi się trudną historią relacji polsko-rosyjskich. Pisała o niej parę dni temu Nina L. Khrushcheva, profesor stosunków międzynarodowych w New School w Nowym Jorku w tekście "Okrucieństwo Przypadku". Tego lęku nie można bagatelizować, zbywać śmiechem, nie można z niego szydzić. Trzeba z nim coś konstruktywnego zrobić.
I tu dochodzę do miejsca, w którym ze Szlagowskim i Stefankiem zgadzam się w 100%. Jednym sposobem na przełamanie stásis w Polsce jest wzmocnenie poczucia "my". Podają oni, odwołując się znów do starożytnych wzorców (tak, jak mówiłem, wszystko się im kojarzy), kilka przykładów działań, które mogą pozwolić to zrobić.
Są wśród nich “pielęgnowanie wspólnej tożsamości politycznej i przeciwdziałanie radykalnemu rozwarstwieniu społecznemu, wsparcie dla inicjatyw politycznych „stanu średniego” zrywających z logiką konfrontacji dwóch obozów, poszukiwanie porozumienia w obszarze polityki zagranicznej, a przede wszystkim czekanie na Mesjasza (określenie moje) - kogoś spoza establishmentu, kto przyjdzie i nas zbawi, kto uwolni nas od Tuska, Kaczyńskiego, Kwaśniewskiego, Millera i Palikota. Kogoś, kto zaproponuje coś, co przemówi do obu stron barykady. Połączy Polaków.
Mocne słowa, mocne czyny
Jestem pod dużym wrażeniem analizy Szlagowskiego i Stefanka. Nie zgadzam się z ich diagnozą źródeł stasis w Polsce. Co w zaszdzie nie ma znaczenia, biorąc pod uwagę to, że dochodzimy do podobnych wniosków w kwestii tego, jak stasis w Polsce przełamać. Żeby tego jednak dokonać, trzeba będzie przestać mówić po grecku.
Co przypomina mi o innym jeszcze fragmencie listu Turnera seniora do syna: “Nie ulega wątpliwości, że umiejętność mówienia po grecku będzie cię odróżniała od innych, i że zaspokoisz w ten sposób swoją potrzebę snobizmu (która, jak sądzę, tkwi w każdym z nas). Jeżeli zostawię ci w spadku dość pieniędzy, to będziesz mógł sobie szybko przejść na emeryturę i osiąść w wieży z kości słoniowej kontemplując wpływ starożytnych na pisarstwo Williama Faulknera. Na marginesie, ten ostatni, był moim kumplem. Dorstaliśmy razem w Mississipi. Mówimy tym samym językiem – dupy, dziwki, mocne słowa, mocne czyny.”
Szukajmy wspólnego języka. Spróbujmy rozwinąć w sobie wspólnotę zainteresowań z innymi Polakami, ale też innymi Europejczykami, a nawet Rosjanami, próbójmy ich zrozumieć, zrozumieć, co ich motywuje i jak ułożyć sobie z nimi dobre relacje. Czas przełamć stásis, albo - przkładając na "nasze" - czas skończyć z tą wojną domową.
