http://www.zap2it.com/

"Spring breakers" to nie tyle próba zdemaskowania pop-kultury (bo ta od dawna stoi już topless), a raczej przypomnienie o tym, że młodość, nawet ta będąca udziałem pozbawionych trosk materialnych amerykańskich nastolatków, to nie tylko bikini, lejące się strumieniami piwo i falujące w rytm muzyki elektronicznej pośladki, ale też ból, zagubienie i strach, które przyjmują czasem ekstremalne formy.

REKLAMA
Stracone pokolenie
Piszę recenzję "Spring breakers" trochę z przypadku. Film obejrzałem dopiero dwa dni temu, ale to się akurat dobrze złożyło, bo w tym samym czasie (znowu) czytałem Fitzgeralda. (Wydanie kieszonkowe, bo w podróży).
Fitzgerald to jeden z najwybitniejszych pisarzy amerykańskich, autor m.in. "Wielkiego Gatsby'ego" i "Po tamtej stronie raju". Narobił sobie wielu wrogów publikując tę ostatnią książkę. Opisał w niej pokolenie młodych Amerykańow, które wchodziło w dorosłe życie po I wojnie światowej. W powieści Fitzgerald przedstawia ich jako koncentrujących się na swoim statusie materialnym i motywowanych niemal wyłącznie chciwością. Fitzgerald napisał "Po tamtej stronie raju", bo chciał szybko stać się sławny i bogaty. Tylko wtedy miałby szansę ubiegać się o rękę pięknej Zeldy Sayre.
To mu się zresztą udało. Prowadził z Zeldą życie wystawne i próżne. Zmarł na chorobę alkoholową w wieku lat rapterm czterdziestu paru. Tym pełniej wpisywał się w przeznaczenie "straconego pokolenia", bo tak często mówiło się o tych, których w swoich książkach portretował.
Frazę o “straconym pokoleniu” ukuła ponoć Gertruda Stein - pisarka, feministka i znawczyni sztuki, prywatnie dobra znajoma Hemingwaya. Użyła jej ponoć po raz pierwszy w stosunku do pewnego mechanika, który mozolił się z naprawą jej samochodu. Później odniosła je do samego Hemingwaya, który użył jej z kolei potem w "Słońce też wschodzi" - “Sztuczne europejskie standardy niszczą was. Zapijacie się na śmierć. Jesteście opętani seksem. Przez cały czas gadacie, zamiast pracować. Jesteście ekspatami. Spędzacie czas w kawiarniach."
Jednym z ważniejszych rysów charaktersytycznych “straconego pokolenia” było to, że jego przedstawiciele bardzo lubili pić alkohol. Alkohol jest kontekstem dla ich działania, ale też często tego działania przyczną. Alkohol leczył rany wojenne, miłosne, poczucie frustracji, zagubienia za granicą. Bo też za granicą najczęściej pili. Fitzgerald i inni emigrowali (tymczasowo) z powodu poczucia wyobcowania w powojennej Ameryce, która stała się pruderyjna, prohibicyjna i po prostu nudna.
Stracone pokolenie 2?
Dziś, kilkadziesiąt lat póżniej, kolejne pokolenie Amerykanów zapija się w Europie do utraty przytomności. Niektórzy z nich to moi studenci, którzy przychodzą na poniedziałkowe zajęcia z finansów wymęczeni weekendowymi wojażami po Europie albo wycieczkami po nocnych barach Florencji. (Sam do tych barów zaglądam coraz rzadziej, bo życie nocne Florencji ma dziś niestety twarz pijanych, amerykańskich nastolatków. A jej ulice rozbrzmiewają nocą ich gardłowym wrzaskiem i skandowanym rytmicznie "U-S-A!, U-S-A!" Aż żal człowieka ogarnia.).
Mogłoby się wydawać, że wzniosła atmosfera stolicy Toskanii (ileż tu majestatycznych, sakralnych budowli!) hamować będzie choć trochę imprezowy zapędy młodych Amerykanów... Skądże znowu! Piją i rzygają gdzie popadnie - na moście, pod kościołem, i pod moim domem. Można sobie zatem wyobrazić dzikość imprez jakie urządzają sobie w czasie ferii na Florydzie. I to właśnie ferie (spring break) na Florydzie są tłem historii czterech amerykańskich studentek opowiedzianej w filmie "Spring breakers" Harmony'ego Korine'a.
Wielu z was pewnie już ten film widziało, więc proponuję się tu zastanowić o czym on właściwie jest. W jednej z recenzji czytam "Korine bezlitośnie obnaża popkulturę jej własnym językiem - jakby skierował kamerę na nas wsztstkich i kazał się przejrzeć sobie samym: takie jest dzisiejsze pokolenie 20-latków, tacy jesteśmy wszyscy, taki jest świat, który zażeramy i wydalamy bez świadomości, że nie ma przed tym uczieczki." (Paweł T. Felis w tekście "Pan Everybody?, Przekrój z 4 kwietnia 2013). Kolejne stracone pokolenie jak się patrzy.
I właściwie trzeba by się zgodzić, gdyby nie jedno zastrzeżenie. Może jest po prostu tak, że film opowiada o pokoleniu, które - na swoje nieszczęście - jest "na świeczniku", jest nadmiernie eksponowane? Wciąż się o nim mówi, robi filmy, reklamy. Czy nie podobnie było z Fitzgeraldem, Hemingwayem i spółką? Czy nie dlatego mówimy o nich, że byli "straconym pokoleniem", bo prostu wiemy, jacy byli, co robili, ile pili, i z kim uprawiali seks? Po prostu było wtedy tylu znakomitych pisarzy, którzy zajęli się opisywaniem ich rzeczywistości. Może nie różnili się oni zbytnio od tych 20, 40, 60 lat wcześniej? Tamci przecież też bili, balowali, mieli romanse itd. Wszyscy to robili, a jednak jest tylko kilka pokoleń, których - z różnych powodów - występki utrwaliły się w kulturze na dobre. Tak jest z pewnością z pokoleniem, o którym jest "Spring breakers", które jest wyeksponowane w kulturze aż do bólu, jest studiowane przez artystów, marketingowców, socjologów, a na dodatek samo uzewnętrznia się do granic ekshibicjonizmu w internecie.
Młodość durna i chmurna
Swój spring break (na Florydzie, bo gdzieżby?) wspominam dobrze. Ale nie trzeba studiować w Stanach, żeby wiedzieć o co chodzi. Spring break to po prostu forma wakacji. (Nie bardzo zatem rozumiem fragment recenzji Felisa, w której pisze, że "[spring break] to tradycja Polakom obca, Amerykanom zaś bliska od pokoleń." Jeżeli ktoś kiedyś był na Helu latem, to zastał tam lepsze imprezy niż te sportretowane w filmie Korine'a. Polecam Felisowi, lato już wkrótce.).
W tym, bardziej uniwersalnym kontekście wydaje mi się, że wartość "Spring breakers" nie polega na tym - jak pisze Felis - że "obnaża popkulturę jej własnym językiem." "Spring breakers" jest raczej dość uniewersalną, świetnie zrealizowaną historią o tym, że młodość to nie tylko czas beztroskiej zabawy, ale też okres egzytencjalnych rozterek i często poważnych życiowych problemów. I dlatego nie warto jej idealizować, ani wymagać od niej zbyt wiele.
Przypomina się tu jedna z wielu celnych obserwacji Marka Twaina z "The Innocents Abroad," dość niezwykłego przewodnika turystycznego, który napisał w czasie swojej podróży z Amerki do Ziemi Świętej przez Europę. "Lata szkolne nie są wcale weselsze, niż te, które następują póżniej, ale patrzymy na nie z żalem, bo zapomnieliśmy o tym, jak karano nas za występki, jaki ogarniał nas smutek, kiedy zagubiły się nasze kapselki, a nasze latawce porwał wiatr. Zapomnieliśmy o naszych troskach, a pamiętamy tylko o tym, jak wykradaliśmy jabłka z sadu, toczyliśmy bitwy na drewnianie miecze i chodziliśmy na ryby."
Widzimy echo słów Twaina, czy Mickiewicza "młodości durnej i chmurnej" w "Spring breakers" Korine'a. Ten film to nie próba zdemaskowania pop-kultury, bo ta od dawna stoi już topless, a raczej przypomnienie o tym, że młodość, nawet ta będąca udziałem pozbawionych trosk materialnych amerykańskich nastolatków, to nie tylko bikini, lejące się strumieniami piwo i falujące w rytm muzyki elektronicznej (znakomitej notabene muzyki) pośladki, ale też ból, zagubienie i strach, które przyjmują czasem ekstremalne formy.