Dlaczego w scenie otwierającej najnowszy film Paolo Sorrentino, "La Grande Belleza", japoński turysta pada plackiem na ziemię? Czy ze zmęczenia? Miał zawał? A może po prostu powaliło go piękno Rzymu, który fotografował bez opamiętania? Tytuł filmu, o którym tu mowa, a który swoją premierę miał kilkanaście dni temu na festiwalu w Cannes, wskazywałby na tę ostatnią możliwość. "La Grande Belleza" jest bowiem hołdem złożonym Rzymowi. Jest też, jednocześnie, bezlitosnym oskarżeniem pod jego adresem.

REKLAMA
Wkrótce po otwierającej scenie przenosimy się na dach jednej z rzymskich kamienic, gdzie w rytm dyskotekowej muzyki z jednego krańca tarasu na drugi przenosi się wesoły korowód gości imprezy urodzinowej. Bohaterem wieczoru jest 65-letni pisarz, Jep Gambardella, którego poznajemy, gdy kamera odnajduje go pośród tłumu ekscentrycznie ubranych mężyczyzn i szykownie odzianych kobiety. W tym momencie Jep obraca się o sto osiemdziesiąt stopni, a na twarzy maluje mu się ten rodzaj uśmiechu, który pomimo wyraźnych już oznak starzenia, nie pozostawia wątpliwości - Jep Gambardella jest królem Rzymu, jest królem życia. A przynajmniej jest nim tej nocy.
Gambardella jest autorem książki, która przyniosła mu sławę, splendor i liczne nagrody. Tyle, że to było niemal 40 lat temu. Od tego czasu nie udało mu się już powtórzyć literackiego sukcesu. Powstałą na tym tle frustracje skrywa pod maską cynizmu, który w połączeniu z jego elokwencją i swobodnym sposobem bycia daje mieszankę towarzysko wybuchową. Jep Gambardella jest duszą towarzystwa - zblazowanego, podobnie jak on zmanierowanego rzymskiego towarzystwa, które niemal każdej nocy urządza sobie, w którymś z zakątków wiecznego miasta orgiastyczne zabawy.
W trakcie trwającego niemal 2,5 godziny filmu wesoły, naćpany korowód powróci na ekran w rytm dyskotekowej muzyki jeszcze kilkukrotnie. Sygnał do końca tych zabaw daje dopiero świt. O brzasku Gambardella wraca do domu powolnym krokiem obserwując budzącą się do życia stolicę Włoch. Przemywa twarz wodą z fontanny, podgląda krzątające się wczesnym rankiem w ogrodzie zakonnice. Rzym. To jest jego miasto, to są jego ludzie, to jest jego życie. Wszystko w nim piękne. Obrzydliwie piękne.
Bo film prowokuje i taką myśl - nie ma na świecie drugiego takiego miejsca, gdzie sacrum tak bardzo przenikałoby się z profanum, gdzie wzniosłość i uduchowienie pożenione byłyby tak trwale i tak gęsto z materialną, fizyczną stroną życia. Jak biskup i zakonnica, którzy po dniu wypełnionym modlitwą w jednym z kościołów spotykają się nocą w ekskluzywnej restauracji i piją szampana. Jak Gambardella, który, siedząc stolik obok, popisuje się swoją znajomością rzymskich galerii sztuki przed sprawiającą wrażenie znudzonej striptizerką.
Kiedy wychodziliśmy wczoraj z seansu, moja znajoma przekonywała mnie, że to jest film o przemijaniu, o poszukiwaniu sensu, które często poczuciu przemijania towarzyszy. I rzeczywiście, pod koniec filmu Jep spotyka na swojej drodze znajdującą się na łożu śmierci zakonnicę. Jej ascetyczny trby życia, jej oddanie modlitwie i Bogu jest dla Gambardelli zdumiewającym odkryciem. Ale tego, czy czerpie z niej jakąś inspirację, już się nie dowiadujemy. Być może następnej nocy bohater filmu modli się do Jezusa na krzyżu, a być może (i to bardziej prawdopodobne) wraca do kolorowego korowodu naćpanych artystów, biznesmenów i prostytutek. Oto jest sens tytułowego Wielkiego Piękna - z sacrum do profanum, parafrazując poetę, jedzie się rzymskim tramwajem.