Jest taki wiersz Marcina Świetlickiego "Nicowanie". Ma on, na co wskazuje już sam tytuł, dość nihilistyczną wymowę. "Nie idź do pracy. Nie idź do pracy. To szatan puszcza imejle. To szatan daje dyplomy. To szatan daje ci urlop. Tam czeka na ciebie nic. Nic. W dużej czapce, Czapce niewidce. Nic." Mogę sobie łatwo wyobrazić skąd może się brać nicowanie pracy u dorosłego człowieka (z natury samej pracy? z depresji?). Coraz powszechniej nicują jednak swoją "pracę" również ludzie młodzi. Myślę tu o nicowaniu przez młodych ludzi szkoły.

REKLAMA
Zbliża się wrzesień, koniec wakacji w szkołach i na uniwersytetach nastaje czas poprawek i komisów. W rodzinach narasta stres i napięcie. Wczoraj kolejna zasłyszana historia o tym, jak to czyjeś dziecko "się nie uczy". "No nie uczy się, znowu ma poprawkę, komisa, a się nie uczy. Nie chce się uczyć!" Wyleci ze szkoły, studiów, z obiegu, koło nosa przejdzie mu staż. Ponura wizja bezrobocia i nieuchronnego staczania się na dno (dno czego?) nasuwa się rodzinie przed oczy. A dzieciaki raczej niewzruszone. W końcu mamy mamy koniec wakacji, w którego tle kusi naturalnie ostatnia szansa na wakacyjną miłość, ostatnia seria wakacyjnych imprez.
Rozmawiam czasem z tymi dzieciakami (czasem na imprezach, czasem gdzie indziej) i się dziwię. Nikt nie przekona mnie, że brakuje im inteligencji, żeby zdać jakiś egzamin. Nikt nie przekona mnie, że brakuje im ciekawości świata, w której zawiera się przecież cały sens edukacji. Nikt nie przekona mnie, że brakuje im wyobraźni, która pozwoliłaby im wykorzstać zdobytą wiedzę i umiejętności. A jednak, raz za razem, powtarzają mi historie o tym, jak ktoś ich w szkole czy na uniwersytecie "upupił", często złośliwie, bez sensu, niesprawiedliwie. Często poprzez wymaganie rzeczy, które nawet osobie bez doświadczenia, bez wiedzy w jakiejś dziedzinie, muszą wydawać się wymogie absurdalnym, z Mrożka (by spełnić w ten skromny sposób hołd zmarłemu wczoraj pisarzowi) wyjętym.
To chyba oczywiste, że to nie jest tak, że im się nie chce, że nie potrafią. Problem chyba jest o wiele poważniejszy. Myślę sobie, że te dzieciaki po prostu całkowicie straciły wiarę w szkołę, w sens nauki, w sens studiowania w ramach sformalizowanego, skonstniałego, anachronicznego systemu edukacji, który więcej perspektyw przed nimi zamyka niż otwiera. To dlatego nicują szkołę. Aż się prosi sparafrazować Świetlickiego: "Nie idź do szkoły. Nie idź do szkoły. To szatan zarządza systemem usos. To szatan rozdaje świadectwa. To szatan każe ci wracać z wakacji. Nie idź do szkoły. Tam czeka na ciebie nic."
Katarzyna Hall, była minister edukacji, napisała dziś fajny tekst na swoim blogu, tekst "przeciw zabijaniu naturalnej ciekawości świata". Jeden z wielu tekstów, który mówi o tym, że szkoła powinna się zminieć; który wskazuje potencjalne kierunki tej zmiany. Takie teksty są potrzebne i być może - w dłuższej perspektywie - okażą się być kołem napędowym jakiejś zmiany na lepsze. Jednocześnie takie teksty nie są zbyt pomocne.
Takie teksty nie są pomocne, bo nie odpowiadają na pytania, które parę nastolatków zadało mi tego lata i które, jak sądzę, padają dziś w Polsce często: "Co robić? Nie widzę sensu studiowania, mam poczucie, że tracę czas. Co mam zrobić?" I chociaż mam czasem wątpliwości, czy to jest odpowiedzialne z mojej strony, odpowiadam wtedy tak: "olejcie to, olejcie te studia, załóżcie biznesy, podróżujcie po świecie, zostacie artystami, wstąpcie do organizacji pozarządowej...jest tyle bardziej wartościowych rzeczy, które można robić, niż bycie w szkole. Zróbcie jedną z tych rzeczy, a później się zobaczy."
Jestem pewnie ostatnią osobą, która powinna udzielać takiej rady, bo całe swoje życie spędziłem (i pewnie spędzę) w szkole. Z drugiej strony, może właśnie dlatego, może właśnie dlatego, że jestem częścią "systemu" mogę z większym przekonaniem powiedzieć, że na prawdę wierzę w to, że czasem warto olać szkołę? Nie pozwolić by szkoła, jak to kiedyś zgrabnie ujął Jim Jarmusch, stanęła na drodze naszej edukacji.