B16 to dla wielu brzmi jak bomba. Ale na Kubie bomba-niewypał. Tadeusz Bartoś chodzi zasępiony. “Rozżalenie, rozczarowanie. Papież nie wystąpił w obronie prześladowanych, nie spotkał się z dysydentami, rozmawiał z Castro jakby byli kolegami”. “Bomba-niewypał” – powtarza za Bartosiem chórem internet. B16 o dysydentach nie mówił ale później przeniósł się do Meksysku, pił Coronę i nosił śmieszną czapkę (tu ilustracja, papież w sombrero).
REKLAMA
Powiedzieć, że poziom refleksji nad wizytą Benedykta XVI na Kubie niski to nic nie powiedzieć. Nie oburzam się. Trudno oczekiwać pogłębionej refleksji teologicznej w mediach informacyjnych. Ale jednak trochę się dziwię. Przyzwyczajono nas do wielkich gestów, spektakularnych działań, chwytliwych sloganów. “Panie Gorbaczow, niech pan zburzy ten mur.” No czemu tak nie powiedział? Mógłby też przecież brać przykład z polskiego podwórka. Gdyby chociaż B16 założył koszulkę “Jestem gejem” albo “Jestem z SLD”. A tutaj nic. B16 “rozmawia [sobie] z [Casto] serdecznie, żartuje o starości. A ludzie w nędzy, całe pokolenia, w więzieniach, szantaż i zastraszanie jako główna więź społeczna” – oburza się Tadeusz Bartoś.
Być może są to jednak opinie wypowiadane w dobrej wierze. (I w szlachetnej motywacji). Na kilkanaście dni przed wizytą papieża na Kubie Lech Wałęsa wystosował do Benedykta XVI list, w którym prosi o to, żeby “[Jego] Świątobliwość [upomniała] się o tych, którzy za swe przekonania trafiają do więzień. [A]by [Jego] Świątobliwość wstawił[a] się za tymi Kubańczykami, którzy domagając się wolności, narażają się na prześladowania i szykany.” O to przecież chodzi także Bartosiowi, wszystkim o to chodzi. Skąd więc ta złośliwość? Ten jednowymiarowy ogląd wizyty Benedykta?
W swoim liście Wałęsa przypomina wizytę papieża Jana Pawła II w Polsce w 1979 roku. “Pielgrzymka ta rozbudziła w nas, Polakach, nie tylko nadzieję na zmiany, ale przede wszystkim wyzwoliła wolę działania. Modlitwa Jana Pawła II na Placu Zwycięstwa w Warszawie: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”, bardzo szybko przyniosła owoce. Rok później w Gdańsku zrodziła się Solidarność – pokojowy ruch społeczny, który utorował Polsce drogę do wolności. Nie mam wątpliwości, że bez siły słów Papieża, bez Jego obecności, powstanie Solidarności nie byłoby możliwe.” Czy zestawiając wizytę JP2 w Warszawie z wizytą B16 w Hawanie zyskujemy lepszą perspektywę na tę sprawę?
Myślę, że tak. Popełnilibyśmy jednak błąd poszukując w homilii B16 takich słów, jakie wypowiedział JP2. Wizyta Benedykta w Hawanie w mijającym tygodniu nie była raczej dla niego tym, czym wizyta Jana Pawła II w Warszawie w 1979 roku. Nie nosiła raczej tego samego ciężaru emocjonalnego, ale też nie wiązał się z nią ten sam rodzaj poczucia odpowiedzialności, politycznej par excellence. Słowa „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi” interpretujemy dziś z łatwością jako nawoływaniem do rewolucji. A co z wizytą Benedykta XVI w Hawanie?
Wizyta B16 okazuje się być jednak (po chwili refleksji, którą z braku lepszego słowa możemy sobie tu nazwać teologiczną) tak samo radykalnym gestem jak słowa JP2 w Warszawie dlatego, że nie ma po prostu niczego bardziej radykalnego – jak zwrócił przy tej okazji uwagę mój znajomy - niż mówienie o Chrystusie w centrum autorytarnego reżimu. Tymczasem my szukamy politycznego radykalizmu w rejestrze, w którym Kościół nigdy nie mówił. (I jeszcze się głupio dziwmy, że go tam nie znajdujemy). “Św. Jan czy św. Paweł nie” – ciągnie dalej mój znajomy – “nie potępiali wprost Rzymu/apokaliptycznej bestii, a zadali jej większy cios niz Bar Kochba.” Nasze oceny błyskawiczne, nasze wnioski pochopne. (lament).
