Kilka słów o prawnym obowiązku autoryzacji? Bardzo to dziwny obowiązek. A już przewidziana za jego niewykonanie sankcja - nawet ograniczenie wolności - jest w oczywisty sposób niekonstytucyjna i nieproporcjonalna. A przynajmniej za taką powinna być uznana w dzisiejszej Polsce.
REKLAMA
Prawnicy - a konkretnie prawodowcy i sędziowie - muszą odwoływać się do przeszłości, do tradycji. Nie jest jednak bez znaczenia, do jakiej tradycji i w jaki sposób się odwołują. Tradycja może być, i często jest, zachowawczą prawdą. W tym rozumieniu mieści się, i z niego się rodzi, poczucie moralnego obowiązku jej utrwalania. I nie ma w tym niczego złego, tak długo jak dotyczy to pielęgnowania tylko pewnych obyczajów i obrzędów. Jeżeli jednak tradycja jako zachowawcza prawda definiuje to, kim jesteśmy, zatracamy ważny i cenny potencjał, który w niej i w nas samych tkwi - potencjał zmiany. Są takie tradycje i jest taki sposób myślenia o niej, dzięki którym możemy myśleć o nas samych jak o, cóż, rewolucjonistach.
Czasem taka rewolucja jest potrzebna. Także w prawie. Zbyt powszechny jest wśród polskich prawików - prawodawców i sędziów - zwyczaj traktowania prawa jako zachowawczej prawdy. Utrwala się tym samym złe i anachroniczne rozwiązania, przepisy i jursyprudencję. Na przykład te z okresu PRL.
Prawo prasowe w Polsce na przykład reguluje ustawa z roku 1984. Mówi ona m.in. o tym, że „[p]ublikowanie lub rozpowszechnianie w inny sposób informacji utrwalonych za pomocą zapisów fonicznych i wizualnych wymaga zgody osób udzielających informacji”, zaś w ust. 2, że „[d]ziennikarz nie może odmówić osobie udzielającej informacji autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi, o ile nie była ona uprzednio publikowana”. Naruszenie tych przepisów naraża sprawcę na odpowiedzialność karną (art. 49 prawa prasowego)." To na ten przepis powołuje się Adam Bielan zapowiadając proces przeciwko Teresie Torańskiej i Newsweekowi. Tylko czego właściwie będzie Adam Bielan w tej sprawie bronił? Swojego dobrego imienia? Czy wywiad stawia go w złym świetle? A może prawa do prywatności? Czy została ona jednak tutaj naruszona? Otóż nie. To nie prawo do godności czy prywatności są tutaj zagrożone. Adam Bielan będzie bronił swojego prawa do autoryzacji wywiadów, prawa do tego, żeby nikt jego słów nie przekręcał. Temu i tylko temu służy instytucja autoryzacji z ar. 14 prawa prasowego.
Nie jest wielką przesadą powtórzyć za profesorem Andrzejem Rzeplińskim, że regulacja instytucji autoryzacji służyła ochronie systemu politycznoprawnego PRL oraz interesów osób publicznych należących do tzw. nomenklatury. Obowiązująca w chwili jej uchwalania Konstytucja PRL z 1952 r. była głucha na wolność słowa oraz wolność prasy. Zamiast tego dawała „prawo do korzystania ze zdobyczy kultury i do twórczego udziału w rozwoju kultury narodowej” realizowane przez „udostępnienie ludowi pracującemu miast i wsi (…)” m.in. prasy i radia (art. 62 ust. 1 i 2; [art. 73 ust. 1 i 2 według tekstu jednolitego Konstytucji PRL, Dz. U. z 1976 r. Nr 7, poz. 36, ze zm.]). Co więcej, wiadomo też, że na przełomie lat 1983 i 1984 restrykcyjnie była wykonywana ustawa z dnia 31 lipca 1981 r. o kontroli publikacji i widowisk (Dz. U. Nr 20, poz. 99, ze zm.) oraz że dziennikarze, wydawcy i dystrybutorzy wolnej prasy, wydawanej bez debitu cenzury byli wówczas energicznie ścigani i skazywani na karę pozbawienia wolności. To
państwowi cenzorzy autoryzowali z urzędu każdy tekst, „zwalniając” go do publikacji."
państwowi cenzorzy autoryzowali z urzędu każdy tekst, „zwalniając” go do publikacji."
Przywołane wyżej słowa profesora Rzeplińskiego pochdzą ze zdania odrębnego do wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 29 września 2008 r. (sygn. SK 52/05). W tym wyroku TK doszedł do wniosku, że kara więzienia za niewysłanie wywiadu do autoryzacji jest konstytucyjna, proporcjonalna. Wpisał się tym samym w tradycję podtyrzmywania w wolnej Polsce przepisów, które dobrze służyły władzy PRL, obywatelom III RP nie przysługują się jednak wcale. W innym wyroku mieszczącym się w tej tradycji Trybunał Konstytucyjny rozważył zasadność objęcia rygorem odpowiedzialności karnej „zniesławienia” (sygn. P 10/06). Chodzi tu o słynny artykul 212 Kodeksu Karnego. Trybunał uznał w tym wyroku, że„uzasadnieniem sankcji karnej zniesławienia jest dążenie do podkreślenia, że również państwo (wspólnota państwowa), a pośrednio Naród jako suweren negatywnie oceniają naruszenie dobrego imienia i czci i potępiają takie zachowania”. Czy Naród rzeczywiście uważa, że za zniesławienie należy wsadzać do więzienia? A może by tak Narodu zapytać?
Kolejny przykład do wyrok z dnia z dnia 6 lipca 2011 r. (sygn. akt P 12/09) w sprawie znieważenia Prezydenta RP. Za obrażanie Prezydenta - uznał TK - zamykać można w więźieniu można m.in. dlatego, że że "jednym z
zasadniczych czynników integrujących społeczeństwo jest ład i spokój społeczny, zapewniający harmonijne istnienie i rozwój zbiorowości w warunkach wolnych od wewnętrznych niepokojów. Publiczna zniewaga Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej bez wątpienia zakłóca wspomniany ład i spokój, składające się na konstytucyjną przesłankę porządku publicznego." No nic o pożytku z niszczenia! A przecież niszczeniem (i budowaniem od nowa) demokracja się żywi.
zasadniczych czynników integrujących społeczeństwo jest ład i spokój społeczny, zapewniający harmonijne istnienie i rozwój zbiorowości w warunkach wolnych od wewnętrznych niepokojów. Publiczna zniewaga Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej bez wątpienia zakłóca wspomniany ład i spokój, składające się na konstytucyjną przesłankę porządku publicznego." No nic o pożytku z niszczenia! A przecież niszczeniem (i budowaniem od nowa) demokracja się żywi.
Nie jest to miejsce, żeby rozpisywać się szerzej na temat tego, dlaczego jest to zła tradycja. Gdyby jednak spróbować w jednym zdaniu powiedzieć dlaczego jest ona zła, to można by po prostu powiedzieć, że nie jest to tradycja wolności. Polscy prawnicy – prawodawcy i sędziowie – powinni w jak największym stopniu odwoływać się do tradycji wolności. Tymczasem utrzymując w mocy takie przepisy jak artykuł 14 prawa prasowego nie tylko utrwalają złe prawo. Nie pozwalają nam się jako demokracji rozwijać. Żeby się rozwijać jako demokracja powinniśmy móc wiedzieć jak najwięcej na temat tego, co czynni politycy myślą na temat różnych spraw. Znać ich poglądy, te prawdziwe, a nie czcze deklaracje składane na potrzeby kampanii wyborczej. Kiedy dwa lata temu premier Wielkiej Brytanii David Cameroon udzielał wywiadu dla Gay Times i zaczął plątać się w odpowiedzi na pytanie o to, co właściwie myśli na temat związków homoseksualnych po prosił realizatora o przerwanie nagrania i możliwość rozpoczęcia od nowa. Realizator się nie zgodził. Nagranie trafiło do internetu. Nikt się na jego upublicznienie nie oburzał. Przeciwnie, wiele osób uznało, że plątanina słów Cameroona mówiła więcej na temat jego realnego stosunku do homoseksualistów, niż wiele spośród jego “oficjalnych” wypowiedzi. Nagranie to mogło trafić do internetu oczywiście tylko dlatego, że nie ma w Wielkie Brytanii prawa, które nakazywało by najpierw wywiady autoryzować.
Nie ma go też w Stanach Zjednoczonych, gdzie wolność słowa (w tym wolność prasy) uważana jest za wartość niemal absolutną. Wolność słowa uzyskała w prawie prymat nad innymi wartościami nie dlatego, że nie szanuje się tam ludzkiej godności czy prywatności, ale przede wszystkim dlatego, że uznano, że wolność słowa jest niezbędna dla zachowania żywej i sprawnej demokracji. Każdy zdaje sobie tam sprawę z tego, że wypowiedzi podawane do publicznej wiadomości za pośrednictwem środków masowego przekazu mogą prowadzić do naruszenia dóbr osobistych poszczególnych osób, a wyrządzona krzywda jest trudna do naprawienia, a w pewnych wypadkach w ogóle nie daje się naprawić. Często okazuje się jednak, że to, co miało naruszać dobra osobiste jest jednocześnie podaniem ważnej (z punktu widzenia opinii publicznej) informacji.
Weźmy za przykład słynne wywiady Orianny Fallaci (o której pisze też w swoim zdaniu odrębnym profesor Rzepliński). “Gdyby w reżimie obowiązującego polskiego prawa prasowego wymagającego pod groźbą kary kryminalnej autoryzacji od osoby, która uprzednio swobodnie, świadomie i bezpośrednio udzieliła informacji dziennikarzowi, miała publikować swoje wywiady Oriana Fallaci – świat nie poznałby odpowiedzi na najbardziej niewygodne i brutalne pytania zadawane przez nią możnym tego świata: J. Arafatowi, Hajle Sellasje, M. Reza Pahlavi, Indirze Gandhi, Goldzie Meir, Z.A. Bhutto, W. Brandtowi, R. Chomeiniemu, M. Kadafiemu, Deng Xiaopingowi, L. Wałęsie. Jej wywiad z Henry Kissinger’em w 1972 r. przeszedł do historii. Kissinger nazwał go później „najbardziej katastrofalną rozmową zprzedstawicielem prasy w mojej karierze” (Milada Jędrysik, Oriana Fallaci nie żyje, „Gazeta Wyborcza”, 16 września 2006, nr 217, s. 2). Bez tych wywiadów słabiej byśmy rozumieli świat, a jest praktycznie pewne, że przy autoryzacji większość z nich nieujrzałaby światła dziennego z powodu braku zgody interlokutora albo z tej racji, że po autoryzacji odpowiedzi byłyby zbiorem opracowanych przez sztab zauszników komunałów płynących obok zadanych w rozmowie pytań.”
Podsumowując: argumenty przeciw sankcjonowaniu braku autoryzacji wywiadów przepisem karnym są dwa. Pierwszy każe go odrzucić, bo wpisuje się on w złą tradycję, która godzi w wolność i zasady demokratycznego państwa prawa. Drugi, każe go odrzucić, bo tak postąpionoby gdzie indziej (w tym w Europejskim Trybunale Praw Człowieka). Polska Konstytucja, polskie prawo powinny jak najlepiej chronić naszą prywatność, godność i Adam Bielan ma do dyspozycji środki prawne, które pozwolą mu ich ochrony dochodzić. W przypadku wywiadu udzielonego Teresie Torańskiej nie zostały one jednak chyba naruszone.
Co do samej autoryzacji... nie jest ona sama w sobie oczywiście zła. Autoryzacja wywiadów jest dobrą praktyką, w niektórych przypadkach nawet pożądaną. W Niemczech na przykład jest on praktyką wynikającą z kodeksu dobrych praktyk dziennikarskich. Złe jest to, że sankcjonuje ją w Polsce państwo. Najgorsze jest zaś to, że posługuje się w tym celu sankcją karną. Popełniając tym samym przestępstwo na młodej polskiej demokracji.
