Matka zabiła 5-letnią córkę i usiłowała zabić syna. Dzieci znaleziono we krwi, miały rany kłute. Kilka dni wcześniej pisano o matce, która zadusiła 3-letnią córkę szalikiem. A wcześniej o matce, która udusiła swojego 5-letniego syna poduszką. Aktualną historię rodziny zastępczej która biła dzieci aż zmarły zna cała Polska.
REKLAMA
Dużo tego, coraz więcej. W mediach groźne pomruki oburzenia. Gdzie jest państwo? Czemu nie chroni najsłabszych? Jak to możliwe, że nikt nic nie zauważył wcześniej? Przecież dzieci byłe bite przez dłuższy czas, rodzice musieli być w depresji, popaść w alkoholizm, takie sytuacje zawsze mają jakąś historię, która nie mogła umknąć czujnym oczom i uszom sąsiadów, zauważających często bardziej intymne szczegóły z życia swojej i sąsiedniej klatki schodowej.
Nie wiem dlaczego tak jest, że przyzwolenie na plotki o tym co sąsiedzi mają pod kołdrą idzie w parze z umiłowaniem do dyskrecji, kiedy w rodzinie dochodzi do przemocy. Policjanci nie przyjmują zgłoszeń lub je lekceważą, sąsiedzi nagle głuchną, nauczyciele i lekarze precyzyjnie widzą granice swoich kompetencji i to, że oni od przemocy nie są. Pamiętam w jakiej atmosferze wprowadzaliśmy w poprzedniej kadencji ustawowy zakaz bicia dzieci. Posłowie PiS, ale niestety także kościół, widzieli w tych przepisach zamach na rodzinę. Z mównicy sejmowej grzmieli o prawie rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami i sumieniem (oraz oczywiście tradycją), o niebezpieczeństwie prawa, w którym państwo ingeruje w rodzinę. Bicie to metoda wychowawcza, tradycyjna, grzmieli posłowie, i nikt nie ma prawa mówić rodzicom jak mają chować dzieci. Czasami trzeba przylać, bo inne metody zawodzą. Mnie ojciec bił paskiem, matka nie protestowała, i proszę, wyrosłem na człowieka, więc w zasadzie o co chodzi – mówili jeden po drugim. Histeria, która się wtedy rozpętała naprawdę kazała się zastanowić, jaka jest hierarchia wartości u niektórych polityków. Wyglądało na to, że idea trwałości rodziny jest ważniejsza niż nietolerancja dla krzywdzenia i przemocy w rodzinie.
Niestety przekonanie, że dzieci są własnością (najczęściej własnością matki), a przemoc – sprawą prywatną - jest w Polsce bardzo powszechna. Z tej perspektywy rozsądza się wiele spraw rodzinnych. To przedmiotowe traktowanie dzieci i chore podejście do prywatności powodują, że kiedy w społeczeństwie narasta frustracja, bo kryzys, bo niskie płace, bo w pracy coś nie tak, frustracja, którą dorośli wylewają na dzieci w blokowych mieszkaniach o ścianach mało zacisznych, wszyscy wokoło głuchną i ślepną. Bo rodzina jest nienaruszalną świętością, ważniejszą niż krzyki dzieci.
Tylko taka hierarchia wartości uzasadnia myślenie, że zakaz bicia dzieci, zwalczanie przemocy wobec kobiet, zwiększenie uprawnień państwa do ingerencji w rodzinę może rodzinie zagrażać. Tymczasem rodzina, w której dochodzi do przemocy powinna być rozdzielona. W rodzinach przemocowych największym zagrożeniem dla dzieci są bowiem skądinąd kochający rodzice, jakkolwiek obrazoburczo to brzmi. Dlatego państwo, choć to nieprzyjemne, musi się wtrącać. Dramat rozłąki jest mniejszym nieszczęściem niż dramat śmierci dziecka, a trwałość rodziny nie może wynikać z tolerowania przemocy. Zamykanie oczu na przemoc w imię trwałości rodziny nie ma nic wspólnego z tradycją ani wartościami chrześcijańskimi, bo najwyższą wartością w Nowym Testamencie jest bezwarunkowa miłość i nadstawianie drugiego policzka, a nie rozładowywanie napięcia przez bicie najbliższych. Walka z przemocą, wobec dzieci, kobiet, może więc prowadzić do rozdzielenia członków rodziny, ale daje nadzieję na życie i tworzenie zdrowych związków dla tych, którzy ocaleją. Amen.
