Piątek zaczął się dla mnie dynamicznie. Najpierw zostałam zaatakowana z prawej, krytycznym artykułem na temat konwencji o zwalczaniu przemocy wobec kobiet. Artykuł ukazał się w „Rz”, która "dotarła" do opracowania ministerstwa pracy. Jednego z tych, które wiesza się w Internecie (Biuletyn Informacji Publicznych). Potem z lewej, bo KPH zaprotestowało po tym, jak w wywiadzie w GW zgłosiłam wątpliwości na temat postulatów Transfuzji zgłoszonych w ustawie o uzgadnianiu płci na temat zakazu sterylizacji przy zmianie płci.

REKLAMA
Na początek więc wyjaśnię, że wbrew sugestiom KPH, nie jestem, nie byłam i nie będę za "przymusową sterylizacją". Nie mogę jednak nie widzieć rozziewu między tym, co jest w ustawie a tym, co jako społeczeństwo akceptujemy poprzez takie, a nie inne prawo.
List od KPH zawiera oprócz wyrazów niepokoju z powodu moich wątpliwości wykaz międzynarodowych i krajowych przepisów, z których jasno wynika, że wymóg sterylizacji przy korekcie płci jest niehumanitarny. Że każdy ma prawo do decydowania czy i kiedy chce mieć dzieci, że pozbawianie płodności niesie ze sobą ryzyko medyczne, okalecza fizycznie i psychicznie. I że stosowana obecnie transakcja wiązana: zmienimy ci płeć, ale musimy mieć pewność, że już nie będziesz mieć dzieci, jest niedzisiejsza i głęboko nie fair.
Pewnie nie jest to do końca fair, jak i cała sytuacja, w której, przecież nie dzięki własnej fantazji, transeksualista doświadcza niezgodności swojej płci biologicznej z własnym odczuciem tożsamości płciowej. Dlatego popieram postulat jakim jest możliwość dokonania medycznego zabiegu korekty płci oraz załatwienia związanych z tym formalności w sposób możliwie szybki, bezbolesny i bezpieczny pod względem medycznym i psychicznym. Rozumiem i popieram związane z tym oczekiwanie refundowania medycznych zabiegów przemiany. Wiem, że w niektórych małżeństwach żona czy mąż rozumieją sytuację współmałżonka, akceptują ją i są gotowi pozostać z nim w biskiej relacji, a czasami nawet nie chcą rozwiązywać małżeństwa mimo zmiany medycznej i prawnej. Rozumiem, że w polskim stanie prawnym byłoby to możliwe, gdybyśmy prawnie dopuścili małżeństwa osób tej samej płci lub związki partnerskie. A w przyszłości uregulowali status prawny dzieci z takich związków.
Obecnie jednak takiej możliwości prawnej nie ma. Dlatego, dopóki nie będzie ustawy o związkach partnerskich, małżeństwa z osobą trans są rozwiązywane. Środowiska trans nie chcą tego. Nie chcą też zabiegów ubezpłodnienia. Zakaz sterylizacji umożliwiłby jednak następującą sytuację: mężczyzna, który czuje się kobietą, i po procesie sądowym ma zapisane w dokumentach, że jest kobietą, biologicznie pozostaje płodnym mężczyzną. I z jakąś inną kobietą płodzi dziecko, w związku formalnie jednopłciowym. W polskim prawie matką jest ta, która rodzi. Jak postępować w tej sytuacji? Polskie prawo nie jest na to gotowe.
Właśnie dlatego zabiegi medyczne związane z korektą płci, mam na myśli dwuletnią terapię hormonalną często połączoną z zabiegami chirurgicznymi, są powiązane z ubezpłodnieniem i rozwodem. Zgadzam się, że to mało delikatne, nawet brutalne - ubezpłodnienie i rozwiązanie małżeństwa, które mogłoby trwać nadal. Dlatego jestem za ustawą o związkach partnerskich, bo zgoda na sformalizowanie par jednopłciowych pomogłaby zachować także takie związki, a ponadto otworzyłaby drogę do dyskusji, jak regulować kwestie tożsamości płciowej i korekty płci. Decyzję w tej sprawie musimy podjąć wspólnie, biorąc pod uwagę zarówno prawo do traktowania z godnością transpłciowej mniejszości, jak i prawo do szanowania tradycji i poglądów tych, którzy stanowią większość.
Redaktor Ewa Siedlecka podczas wywiadu dla Gazety Wyborczej pytała retorycznie, czy pełnomocniczce ds. równości wypada mieć wątpliwości. Nie wypada. Ale mam wątpliwości i sadzę, że nie jestem w nich osamotniona. Co więcej, dobrze że takie wątpliwości mam, bo to one budują nić porozumienia, komunikacyjny most między tymi, którzy chcą pełnej wolności a tymi, którzy chcą dochować wierności tradycji.