"Administracja przeciw dyskryminacji" - pod takim hasłem trwa rządowa antydyskryminacyjna jesienna ofensywa. Spotkania w regionach odkrywają, z jaką determinacją i uporem ludzie walczą o swoje prawa. Mam nieodparte wrażenie, że administracja nie nadąża za działami NGOsów, jest daleko w tyle. Tak bardzo, że za unijne pieniądze uczymy niepełnosprawnych jak znosić indolencję potencjalnych pracodawców - także tych z administracji. Ale po kolei.

REKLAMA
9. już konferencja regionalna, która odbyła się w ostatni poniedziałek w Poznaniu - o niepełnosprawnych na rynku pracy – przyniosła lekki wstrząs. Zaczęło się od wypowiedzi Michała Stuligrosza, wicedyrektora wojewódzkiego urzędu pracy, który podczas dyskusji wyraził swoje zdziwienie z tego, co odkrył w jednym z finansowanych przez urząd projektów. Otóż realizowano w nim szkolenia dla niepełnosprawnych, jak podczas rozmów kwalifikacyjnych znosić obraźliwe, naruszające ich godność pytania i komentarze potencjalnych pracodawców. To w zasadzie uniwersalna kompetencja, jeśli chodzi o niepełnosprawnych, przydatna także u lekarza, w szkole lub na uczelni i w wielu podobnych okolicznościach. I grupa do szkolenia mniejsza.
Obecni na sali uczelniani pełnomocnicy ds. niepełnosprawnych potakiwali głowami. Temat znany. Oni też na to wpadli, też uczą tego niepełnosprawnych studentów, w ramach przygotowania do szturmowania rynku pracy, który dla tej szczególnej grupy pracowników powinien być bardzo życzliwy, ze względu na liczne dopłaty i rekompensaty do stanowisk pracy lub wprost do pensji niepełnosprawnego pracownika.
Zrobiło mi się zimno. Oto unijne środki przeznaczamy na walkę z „niepełnosprawnością” potencjalnych pracodawców, dostosowując zachowania niepełnosprawnych do poziomu świadomości tych drugich? To tak, jakby brak wyobraźni był cechą niezbywalną i przyrodzoną, niezawinioną, utrwaloną jak choroby, które przykuły niektórych do wózka. Jak myślicie, czujecie, co jest łatwiejsze: załatwienie protezy lub wózka temu bez nóg i ręki, czy spowodowanie, żeby urzędnik patrzył na osobę na wózku przez pryzmat jej człowieczeństwa , a nie niepełnosprawności? Łatwiej zlikwidować tę niepełnosprawność czy tamtą? A może obie są nieodwracalne?
Szkolenia z cierpliwości dla osób podwójnie krzywdzonych to wstyd dla państwa. Nie da się zmienić świata z dnia na dzień, ale sami na siebie mamy przecież wpływ. Całego świata nie zmienię, ale na administrację mam wpływ. „Równe traktowanie standardem dobrego rządzenia” to projekt, który może choć trochę zmienić sytuację. Tyle możemy zrobić. Chociaż tyle. Szkolić administrację, a nie niepełnosprawnych.