Kiedy datę rozpatrzenia uchwały Rady Ministrów upoważniającej RP do podpisania Konwencji o zwalczaniu i zapobieganiu przemocy wobec kobiet wyznaczono na 4 grudnia, pomyślałam, że to dobrze, bo to przecież dzień moich urodzin, a dzień urodzin zawsze musi być udany. Ale zaraz przypomniałam sobie, że tego dnia urodziny ma także Jarosław Gowin, który w sprawie Konwencji chciał innych rozstrzygnięć niż ja.

REKLAMA
Jeśli świat miałby być sprawiedliwy, oboje tego dnia powinniśmy wyjść z Rady Ministrów z poczuciem satysfakcji. A ja, prowadząc temat, po 3 turach konsultacji wewnątrzrządowych, wchodziłam na Radę Ministrów z bardzo długą listą rozbieżności.
Dziś mam poczucie satysfakcji i dobrze wykonanej pracy. Rząd jednogłośnie poparł uchwałę. Dopisaliśmy do niej notę konstytucyjną, która uspokoiła grono wątpiących, czy aby na pewno w Konwencji nie ma nic między wierszami, czegoś co byłoby wywrotowe, niepolskie, niezgodne z Konstytucją RP. Przyjęliśmy wynegocjowane w czasie konsultacji dwa zastrzeżenia, do fragmentów art. 30 i art. 44. Krótka dyskusja dotyczyła trybu ściągania za gwałt, choć nie miało to bezpośredniego związku z uchwałą. Uzgodniliśmy, że to ja, jako minister prowadząca temat, złożę w imieniu Polski podpis pod dokumentem Konwencji.
Posłowie w kuluarach gratulowali mi, a ci o innych poglądach dopytywali przy okazji: ale czy jesteś pewna, że to dobry dokument? Czy na pewno dobrze zrobiliśmy? Czy to pomoże, ta konwencja, coś zmieni?
Tak, zmieni. Tak, dobrze zrobiliśmy. Nikt nie był przeciw, dogadaliśmy się. Teraz czeka nas mrówcza praca nad ratyfikacją. O czym tu pisać? Zyskała polska rodzina, polska racja stanu, bo to dokument, który dotyczy najważniejszych uregulowań dotyczących powalenia stereotypów, które pozwalały traktować kobietę, jako przedmiot satysfakcji i redukcji frustracji. Może być od dziś inaczej.