To była nielegalna, offowa impreza zwołana w krótkim czasie przez Facebooka. Ponad 20 tys. młodych ludzi witało wiosnę. Nie wszyscy tak, jakby społeczeństwo tego chciało. Ale sytuacja ta pokazuje, że nie da się tego wydarzenia skwitować mianem „bydło”. Pokolenie dorastające na portalach społecznościowych pokazuje nam, że takiej spontaniczności nie można lekceważyć. Ci ludzie jutro mogą to zrobić znów i wcale nie muszą się upijać. Mogą po prostu wykrzyczeć, że są „za” lub „przeciw”. Tak już zresztą bywało.

REKLAMA
W sobotę na krakowskim Zakrzówku 22 tys. ludzi powitało wiosnę. Było dużo zabawy i dużo alkoholu. Nie obyło się bez ofiar. Ktoś wylądował w szpitalu, rzucano kamieniami, po imprezie zostały góry śmieci. Jednak w morzu krytyki wobec niskiej kultury i generalnego zezwierzęcenia młodzieży (jeden z uczestników użył pojęcia zbydlęcenie) umknął uwadze fakt, że oto wyrasta pokolenie, które swoje sprawy załatwia bez pośrednictwa lokalnej władzy. 20 tys. osób to nie bagatela. Jutro mogą to zrobić znów i wcale nie muszą się upijać. Mogą się nagle zgromadzić w całkiem innym celu. Czy nie tak organizowała się arabska wiosna? Ostatnie 2-3 lata pokazują, jak silne narzędzie w rękach mają młodzi, coraz bardziej oddalający się od ustrukturyzowanych części społeczeństwa .
Krakowska impreza to nie pierwsza demonstracja możliwości nowych sposobów komunikowania się i działania pokolenia FB. Nie tak dawno w Poznaniu fejsbukowicz na Placu Wolności zorganizował piknik miejski. W ciągu paru godzin ludzie przyjechali z kanapkami, obrusami, serwetkami i winem. Pusty i nudny plac w centrum miasta ożył na parę godzin. Potem długo wspominano miłe chwile w wyludnionym i pustym zazwyczaj centrum. To też była impreza nielegalna i offowa, zwołana spontanicznie i ku uciesze uczestników. Piknikujący za darmo udzielili korepetycji władzom – oto co można zrobić z Placem Wolności. Wstaw tam władzo meble miejskie – ławki, stoły, stoliki i parasole – a Plac Wolności stanie się miejscem spotkań Poznaniaków w każdy słoneczny dzień! Tak zresztą wygląda centrum Chicago – jest gdzie usiąść na placu przy stołach i wielkich ławach, i ludzie siedzą, piją herbatę z termosów, rozmawiają. Poznański Plac zaludnia się tylko na organizowane miejskie imprezy, które kosztują krocie. Spontaniczni internauci pokazali alternatywę.
Tej społeczności nie potrzeba specjalnych przywódców, transparentów czy ideologii, żeby witać wiosnę. A równocześnie – co za siła, żeby tak szybko i w takiej masie wyjść z domów i zgromadzić się w umówionym miejscu. Po dobre lub po złe. W takich momentach trudno nie docenić charyzmy Jurka Owsiaka, który potrafił tę niezwykłą energię dobrze, a nawet szlachetnie wykorzystać.
Trzeba zaakceptować siłę masowej spontaniczności i dać sobie nawzajem prawa i obowiązki, które nie naruszą ludzkiego zdrowia i życia. Ale nie można skwitować krakowskiego wydarzenia mianem bydlęcej zabawy i niedopuszczalnego szaleństwa. Szaleństwo to jest w przestrzeni publicznej, ostatnio krzewi się tam bezkarnie karmiąc się obojętnością tych bardziej racjonalnych. Zamiast obrzucać krakowskich imprezowiczów inwektywami, warto się zastanowić, jak pomóc przekuć niezwykle silną energię i aktywność w formę dialogu oraz ustalania/poszerzania granic aktywności młodych ludzi w Polsce. Jeśli wbijemy siekierę między pokolenie młodych i starych, jeśli jako bardziej doświadczona czasem część społeczeństwa nie zechcemy usłyszeć i zrozumieć, co krzyczą młodzi, to uwiędniemy jako naród przerąbany na pół. Będziemy mówić w różnych dialektach, które już tylko dla zasady nazywać będziemy tym samym językiem. Ale od środka będziemy się dezintegrować. A to jest bardzo niebezpieczne.