
Wczorajszy Kraków zdumiewający. Dwa spektakle w Operze Krakowskiej, przy kompletach i aż tak gorącej, rozbawionej publiczności, jednak zastanawiają.
REKLAMA
PAN JOWIALSKI, Aleksander Fredro, stary, dobry, miły, naiwny żart, wspaniały język, karykaturalne postaci z typowymi przywarami, głupotą piramidalną polskiego towarzystwa, pycha, egoizm, skłonność do zabawy, brak refleksji, w tym prościutka historia miłości i "cudowne" rozwiązania historii, a przede wszystkim muzyka, polska muzyka, polonezy, mazury, w tym te z "Halki", polskie przysłowia, ...biada temu domowi, gdzie krowa przewodzi bykowi...i ....publiczność wdzięczna.
Czyżby to znaczyło, że ludzie tęsknią ponad wszystko do śmiechu z samych siebie, do polskości, ale bez napuszenia i nadmiernej powagi na ten temat, do zwykłego teatru, dramaturgii, tradycji i "bycia u siebie", także jeśli chodzi o teatr? Pewnie tak. Ten Fredro prościutki, lekko grany, z przymrużeniem oka i z cudzysłowem. Zabawa z nas samych i Polaków, i aktorów, i współczesnych. No i pewnie i to, że spektakl reżyserowali krakowianie, Anna Polony i Józef Opalski. Szał. Na sali koledzy, aktorzy krakowscy, wyposzczeni, stęsknieni za zwykłym teatrem, wymęczeni awangardą, mówią, że upokorzeni poszukiwaniami nieprzygotowanych do pracy reżyserów amatorów, traktowani jak kukiełki, bez używania rozumu i ich umiejętności zawodowych..
To już kolejna wizyta z JOWIALSKIM w Operze w Krakowie, zapowiadają się następne. Trochę mnie to wszystko dziwi i smuci. Także nadmierna potrzeba zbytniej prostoty, pewnie w proteście do zbytniej, niezrozumiałej komplikacji i sztucznych koturnów umysłowych. Ale to wszystko przeminie. "To tylko teatr", jak mawiał Gustaw Holoubek. Choć widzowie piszą listy, że dla takich wieczorów warto żyć.
