
NIEDZIELA
REKLAMA
Wczoraj w samolocie, na skutek ostatnich wydarzeń, premiery, podsumowań, zachowań... byłam tak szczęśliwa, że to koniec, że wakacje, że nareszcie, bez pośpiechu i przymusu, że postanowiłam się napić czerwonego wina. Nieprzyzwyczajony organizm zareagował natychmiast i do tego histerycznie. Byłam bardzo błyskotliwa i cokolwiek za głośna. Trochę to było żenujące, szczególnie, że polskie rodziny z dziećmi prosiły mnie co chwilę o autografy. Po szklance czerwonego wina już w połowie lotu domagałam się lądowania i mówiłam wszystkim dookoła, że moim zdaniem lot trwa zbyt długo.
A swoją drogą, zastanawiam się, po co dzieciom te moje autografy. Ich mamy mówią: - Niech pani napisze, że dla Karusi, będzie miała pamiątkę na całe życie. Więc ja piszę - szczęśliwego życia Karusiu- i myślę - Karusia ma roczek, ja sześćdziesiąt lat, zanim ona urośnie minie lat około dwudziestu, po co jej autograf dawnej, nieżyjącej już pewnie wtedy aktorki? Rozumiem raczej kiedy podchodzi dwudziestoletnia Karusia i prosi o autograf dla mamy albo babci, piszę wtedy - pozdrawiam Panią i życzę wszystkiego dobrego - zwyczajnie. A z drugiej strony, zaklinanie przyszłości dzieci....i ja to mam. Piszę więc często, nawet dla dzieci jeszcze nienarodzonych, jeszcze w brzuchach ich matek - szczęśliwego życia Kochanie - a matkom życzę dobrego rozwiązania....i oby te słowa miały jakąkolwiek siłę sprawczą.
Po wylądowaniu, atrakcje coroczne przy wynajmowaniu samochodu. Jak zwykle, zamawiałyśmy co innego, dali co innego, bez zmrużenia oka, tego co zamawialiśmy nie było i tyle. W rezultacie dali nam Lancię Ypsylon, dwa razy za małą jak na nasze bagaże i potrzeby komfortu dla trzech starszych pań. Stałyśmy przed tym samochodem zawiedzione tym "pojazdem", mimo że każda z nas, zajeździła w socjalizmie kilka małych polskich Fiatów i było dobrze, używając ich od przeprowadzek po jazdę do ślubu. Teraz ten mały samochodzik wydał nam się niemożliwy i ja (przypominam - lekko nietrzeźwa) raz jeszcze postanowiłam domagać się od obsługi wymiany na większy. Ale oni tylko krzyczeli - impossible - i mieli nas gdzieś. Nie mogłyśmy znaleźć tylnych drzwi, okazało się, że są, ale niewidoczne, w bagażniku zmieściła się tylko jedna walizka, w środku nie mogłyśmy dojść do ładu, jechałyśmy zgrzane, słuchając na moje żądanie świeżo zakupionej płyty Carli Bruni, zakupionej na uspokojenie, bo wiadomo jej głos uspokaja, a wszystkie piosenki są takie same, więc działają jak mantra. Ja z tyłu z walizkami, ale za to w wielkim kapeluszu, godnym co najmniej Lancii kombi, przeklinając, że nie ma klimatyzacji, a ja już dawno bez klimatyzacji ..... nagle, z tylnego siedzenia zobaczyłam klawisz z małą śnieżną gwiazdką i okazało się, że samochód ten aczkolwiek mały i pogardzany, jednak klimatyzację posiada. Klimatyzacja i tylne drzwi wydały nam się nagle luksusem i darem, na który nie zasłużyłyśmy, natychmiast polubiłyśmy ten samochód i postanowiłyśmy go nie wymieniać za żadne skarby świata. Zobaczymy tylko co będzie z bagażami przy powrocie!
Leżę w łóżku w swoim włoskim pokoju. Tym samym od kilku lat. To samo miejsce, ten sam dom, ten sam pokój, to samo łóżko i ten sam widok z okna. Uwielbiam to. Nowości, niespodzianek i zaskoczeń wystarczy mi przez cały rok. Mam nerwy stargane i jestem mistrzynią improwizacji i reagowania kryzysowego. A tu chcę, żeby było tak samo, takie samo, bez nowości i zaskoczeń - słońce , drzewa piniowe, ptaki, szum morza, które nieopodal. Szósta rano, zaraz się obudzą cykady. Za chwilę pójdę w koszuli nocnej szlafroku na kawę i croissanta do kawiarni na plac. Będę siedzieć w porannym słońcu i denerwować się tym, że mi się sklejają palce od marmolady z rogalika, a nie dlatego że źle idą jakieś próby czy zwiększył się koszt produkcji przedstawienia z powodu niespodziewanych pomysłów jakiegoś reżysera. I za chwilę, jak co roku, usłyszę- buongiorno signora, caffe latte i croissant marmellata? Come tutti anni? - Si, signore, si!
Z Warszawy, jeszcze wczoraj wieczorem, dostałam smsy z teatrów, sukces KALINY i dużo publiczności! W teatrze pełno, ludzie wychodzą zadowoleni, nawet zachwyceni. Czerwiec, trudny miesiąc dla teatru, sukces Kaliny jest dla nas wspaniałym wakacyjnym prezentem. W Och-Teatrze remont się zaczął, ale i przy tym remoncie w Och-Cafe grają. Montownia , wczoraj mieli dużo publiczności. Jednocześnie na festiwalu Malta także niebywały sukces naszego przedstawienia "Czas nas uczy pogody". Świetnie, ale muszę to zostawić za sobą, uciec z głową, emocjami, z sobą. To był kolejny naprawdę pracowity sezon! A na odpoczynek mam tylko dwa tygodnie z włączonym telefonem i e-mailem, gdyby coś się stało lub gdyby były jakiekolwiek wątpliwości w jakiejkolwiek sprawie. Można dzwonić i pisać, welcome. Zresztą i tu dostaję raporty po każdym zakończonym spektaklu, tak jak w Warszawie. Te raporty to już konieczność, moje poczucie bezpieczeństwa, uspokajam się. Zaczęłam czytać Ninę Andrycz jako antidotum i zaraz z książką pod pachą na kawę do Polip. Tak samo jak każdego roku po przyjeździe, a potem co rano podczas pobytu.
Są tu na chwilę, dwa, trzy dni, Gajosowie. Wczoraj, po przyjeździe, kolacja i wspominanie. Okazało się, że ja przyjeżdżam tu od lat 19. Oni wszyscy dołączyli kilka lat później i nie wszyscy byli wierni. To miejscowość nie dla wymagających, bo warunki zwykłe. Dużo rodzin z dziećmi, bo bezpieczna plaża. Morze blisko, las piniowy, trasy rowerowe, cień i cztery sklepy. Dla tych , którzy szukają większych i luksusów i atrakcji, nie najlepiej.Dziś pierwsza plaża.
Martwi mnie, bo tak wiele drobiazgów teraz zapominam. Nie mogę sobie przypomnieć kolejności zdarzeń, imion, rzeczy oczywistych. Mam w głowie tyle tekstu i go pamiętam, w tej chwili, dziewięć dużych ról, a w życiu - dziury. Wczoraj siedziałam nad zdjęciem sprzed kilku dni i zastanawiałam się jak ktoś z kim pracuję, jestem na co dzień, ma na imię. Zaczynam się tego bać. Muszę się tylko skupić i wyśledzić, czy zapominam też złe emocje, negatywne zdarzenia i słowa. Jeśli tak, zgadzam się na zapominanie. Bo pamiętanie złego boli.
PONIEDZIAŁEK
Plaża rano i wycieczka do ukochanego Castiglione wieczorem. Ludzi mniej niż zwykle, ale i tak tłumy. Zapach ciepłego wiatru wymieszanego z zapachem oliwy, pecorino i szałwii. Jednak ludzi mniej niż zwykle. Kryzys.
Wieczory i ranki zdumiewająco zimne. I znów, jak co roku, kupiłam piękną hinduską kołdrę, bo i cieplej, i żeby tradycji stało się zadość. Uwielbiam te kołdry, nauczyła mnie ich Magda. Pierwszą przywiozła z Indii i się z nią nie rozstaje. Cholera, tylko ten samochód tak mały! Co będzie z bagażami? Już doszła kołdra, a ile tego będzie po dwóch tygodniach ?
WTOREK
Plaża cały dzień do18:00. Plaża z książką Niny Andrycz, która moim zdaniem trochę konfabuluje, szczególnie sprawy erotyczne i miłosne zbyt egzaltowane. Historia na wyspie greckiej z nieznajomym, jednodniowy seks, upojny i bez przedstawiania się sobie, w wieku 71 lat!? I zaczął ten nieznajomy od całowania stóp? - Dziś zostaniemy kochankami - powiedziała do obcego, a potem się rozstaniemy. Ale poza tymi erotycznymi kawałkami, pouczająca lektura i dla mnie bardzo ciekawa. Przypomniała mi się sonda uliczna dotycząca czytelnictwa, facet zatrzymany przez dziennikarza z kamerzystą:
Czy dużo pan czyta?
Niedużo.
A jak już pan czyta , to co?
No coś ...z tych lepszych rzeczy...napisane przez tych lepszych aktorów.
Wieczorem kolacja pożegnalna z Gajosami pod białymi parasolami. Pizza tu jest tak delikatna i ciasto tak cieniutkie i kruche, że ma się wrażenie jakby się jadło najbardziej wysublimowaną potrawę świata. Chłodno, po raz pierwszy od lat zamówiłam w restauracji herbatę. Podali mi rumianek i nie rozumieli moich protestów. - Czarna herbata? Nie mają. Jeszcze tylko mają miętę.
ŚRODA
I znów plaża do 16:00 z książką, a nasze obiady w restauracji na plaży coraz lepsze. Starają się. Zarezerwowaliśmy parasole, łóżka i stolik na pięć osób do końca pobytu. Oni szczęśliwi, pytają co byśmy zjedli następnego dnia. Dziś dali nam do spróbowania melanzanę zapiekaną z parmezanem, jako u nich nowość. Pyszna.
Po południu wycieczka do Pienzy z naszymi "widokami toskańskimi" po drodze. Nie wzięłam, nie wiem dlaczego, dobrego aparatu, robiłam zdjęcia telefonem i wyszły marnie. Pienza, której nie znałam, tylko przelotnie kiedyś, wcześniej, piękna, bardzo piękna. Teraz obejrzana dokładnie, prawie kamień po kamieniu, bo malutka. Ważne miasto, nie wzięłam w tym roku przewodnika, ale moim zdaniem do Pienzy kiedyś uciekł jakiś papież albo się tu urodził i tu bywał, coś takiego. miasto wpisane na listę dziedzictwa światowego UNESCO. Kościół i plac przed nim zaczarowany. Pienza to ojczyzna sera pecorino. Pachnie tym serem z daleka, kiedy się chodzi wąskimi uliczkami zapach pecorino i bazylii, oregano w słońcu obezwładnia. Dużo sklepów ze starą biżuterią. Stara biżuteria to moja namiętność. Nie musi być prawdziwa, byle dawna. Stałam i gapiłam się z pół godziny.
Za często używam tu określenia obezwładnia, obezwładniający, obezwładniające. Egzaltacja Pietrowna, jak się mówiło w kręgach teatralnych za czasów mojej młodości.
CZWARTEK
We czwartek targ w Grosseto, żelazny punkt programu i obiad w restauracji przy kościele. Dziś piękne granatowe talerze ze złotym paskiem na słonecznikowo-żółtym obrusie, w słońcu. Dzieło sztuki. Znów kupiłyśmy, nie zważając na pojemność samochodu, nieprzebrane ilości zupełnie niepotrzebnych rzeczy, jedyna pociecha, że będą cieszyć się nimi obdarowywani. Grosseto. Każdego roku coraz piękniejsze. Remonty, udogodnienia. Znamy tu wszystko, łącznie ze szpitalem, który był nam potrzebny już kilkakrotnie w ubiegłych latach. Ach, ile zdarzeń, przygód się przypomina. Ja smutnieję teraz zawsze na wspomnienia, a jednocześnie nie mogę bez tych ludzi , miejsc, widoków, nawet przedmiotów, żyć.
Od południa do 18:00 na wietrznej plaży pod chmurami jak barany. Uwielbiam tutaj tę plażę z wiatrem. Czasem tylko boli głowa i trzeba siedzieć w szalach, chustkach, opaskach i kapeluszach. Smagani wiatrem - to się nazywa.
Śmiejemy się dużo. Zuzia opowiada, sama zaśmiewając się, śmiechem podobnym do śmiechu Jej mamy. Jesteśmy w piątkę zgranym, wypróbowanym z latami, towarzystwem. Dobrze nam ze sobą. Śmiejemy się ze swoich przywar i natręctw. Tolerujemy śmieszności. Ulegamy przyzwyczajeniom. Lubimy się.
Czytam "Kronosa", a właściwie "Chronosa" być powinno, bo w tych zapiskach Gombrowicza czas gra główną rolę. Zresztą Chruszczow pisze w środku, jako Kruszczow, nie wiadomo dlaczego. We wstępie pani Rita Gombrowicz wyjaśnia, że mąż przed śmiercią mówił - pilnuj Kronosa, gdyby był pożar, łap umowy i Kronosa, i uciekaj. I że dlatego wydała. Po przeczytaniu uważam, że myślał mówiąc do niej - pilnuj, żeby Kronos broń Boże nie dostał się w czyjeś ręce, nawet pożarowi wierzyć nie można, że go pochłonie. Po co to było wydawać? Nie rozumiem. Ja bym na Jej miejscu spaliła i popiół rozsypała na cztery wiatry a Gombrowicza zostawiła nam takim jakiego Go mieliśmy. Dzienniki są wspaniałe, wspaniałe i wystarczyłyby, jeśli chodzi o prywatność. Nie mogę uwierzyć że ktoś kto pisze - mam robaki, sraczkę, rzygałem, coś mi się sączy z członka i zapisuje imiona i ilość stosunków w bramach i na dworcu, myślał o pokazaniu tego światu. A zapiski robione technicznie, bez jakiejkolwiek refleksji, nie są cenne dla ogółu, trzeba by je było zostawić może tylko dostępne badaczom literatury, a nie robić z tego bestseller wydawniczy. Z wielką kampanią medialną. Nie mniej, całe tu towarzystwo wakacyjne jest po lekturze, a Zuzię najbardziej śmieszy zdanie ...dzisiaj atak Pyzika na mnie w prasie... Tak, tak, zawsze się znajdzie jakiś Pyzik i coś gryzmoli.
PIĄTEK
Wycieczka! My we trzy, naszą rakietą, Lancią , panowie Fiatem 500 z białą tapicerką i tablicą rozdzielczą, stylowo, a z drugiej strony same takie Fiaty na ulicach tutaj. Jechałyśmy za nimi i wciąż myliłyśmy te Fiaty. Raz nawet zatrzymałyśmy się za jednym, na poboczu, okazało się, że to nie oni, że zjechałyśmy z trasy i stoimy grzecznie za jakimiś obcymi ludźmi, tyle że w Pięćsetce. Z drugiej strony i tak cud, że się orientowałyśmy w czymkolwiek, bo tak gadałyśmy i śmiałyśmy się, że mogłyśmy nie zauważywszy, wyjechać tym naszym samochodem w Kosmos.
Outlet Prady pod Florencją a tam ...wycieczki Japończyków, które jak szarańcza. Wchodzą i wszystko znika z półek. Po pięć toreb, dziesięć par butów, garnitury, jak leci. Muszą po każdym autokarze z Japończykami uzupełniać towar, a ceny wcale nie najniższe. W sumie bez sensu i nic tam ciekawego. Za to potem Florencja z jej cudami. Upalna jak zwykle. We Florencji zawsze żar, cokolwiek by się nie działo. Wieczorem kolacja niedaleko Dawida obok muzeum Uffizi i koncert jakiejś młodej orkiestry. Grali utwory z filmów Felliniego, a myśmy oszaleli. Magda z Zuzią tańczyły na placu, a potem w jakimś dziko oświetlonym neonówkami barze. Odreagowanie polskich stresów, warszawskich gorsetów zawodowych i prywatnych komplikacji. Upojny wieczór i dzień. Ludzie śpiewają na ulicach. śpiewaliśmy i my. „Woman” Johna Lennona. Oj woman! Zastanów się. Nóg nie czułam, a kręgosłup pękał. Nieuważne. Spanie w dawnym klasztorze w centrum miasta, obok ogrodów Boboli. Ogrody piękne. Nogi uchodzone. Głowy słońcem upalone. Oczy pięknem nasycone. Jutro Chianti - czarny kogucik na żółtym tle, wino i widoki toskańskie, najpiękniejsza trasa widokowa, między Florencją, Arezzo i Sieną, a potem odwiedziny w starej , dobrej, znajomej Sienie i leżenie w cieniu na Il Campo, jeśli sprzątnęli trybuny po Palio.
SOBOTA
Siena. Kupiłyśmy z Magdą czarne maski i postanowiłyśmy w nich występować. W ogóle wciąż kupujemy coś "do występowania". To alibi.
Wieczorem już u nas. Powitanie z Bajonami , którzy właśnie przyjechali i rozmowa o kinematografii. Pokłóciliśmy się trochę o " Miłość" Haneke'go. Filip opowiadał o młodzieży zgłaszającej się na egzaminy do łódzkiej Filmówki. Socjologowie powinni siedzieć na tych egzaminach i pisać prace magisterskie o tym pokoleniu co nadeszło, mówi Filip. Ciekawe. Wszystko to ciekawe.
- Co czytacie - pytają przyjezdni.
- Wszystko. Lista długa. Gombrowicz, Stasiuk, Potoroczyn, Mrożek, kilka biografii.
- Wszystko. Lista długa. Gombrowicz, Stasiuk, Potoroczyn, Mrożek, kilka biografii.
Zresztą ja czytam z takiego urządzenia, mam tam wiele książek. Wygodne i nie ma nadbagażu. Bo co roku płacimy za nadbagaż, głównie z powodu ilości książek, pomijając ten rok, kiedy Magda zapakowała mokre rzeczy, świeżo po upraniu. To było najdroższe pranie w naszym życiu - stwierdziła po zapłaceniu.
Zuzia do Filipa , w pewnym momencie:
- A gdzie się tak opaliłeś?
- W Łodzi.
Świetne miasto do opalania.
Zuzia do Filipa , w pewnym momencie:
- A gdzie się tak opaliłeś?
- W Łodzi.
Świetne miasto do opalania.
