Krystyna Janda

W Polsce artykuły o mnie pt. „Janda szalała w samolocie”, po zamieszczeniu poprzednich wpisów, z poprzedniego tygodnia. I zdjęcia podobierane sprzed lat, jakieś, nie wiem z jakich momentów. Mama dzwoniła rozbawiona. Mądra kobieta. A oni? Żałosne. Dla maluczkich radość. Że piję. Choć komentarze ludzi podobno, typu - a niech się kobita napije, tak ciężko pracuje…albo coś koło tego. Bardzo dziękuję.

REKLAMA
DRUGA NIEDZIELA WAKACJI
A my tu wszyscy po dwudniowej wycieczce wykończeni! No po prostu wykończeni. W międzyczasie zapanowały upały. „Zapanowały upały” - żenujące określenie. W południe uznałam na plaży, że umieram, wpadałam w piekielną otchłań, paliło mnie wszystko i zatykał żar, tak więc poparzona, literalnie poparzona, udałam się do chłodnego domu, spać mianowicie….
Melduję, że z tego da się zrobić kilka artykułów, po tytułach dopisawszy trochę zmyśleń, podpowiadam tytuły:
Janda (61 l.) wykończona.
Janda (61 l.) umiera na plaży.
Janda (61 l.) wpada w piekielną otchłań.
Janda (61 l.) poparzona.
Potem „miła” noc, nieprzespana. Bo zachowałam się, jakbym grała w lalkowym filmie czeskim – „Sąsiedzi”. Można by o mnie zrobić taki film. Zagrałabym, brawurowo i do tego tanio. Otóż....położywszy się późną nocą umęczona do łóżka aparat fotograficzny włączyłam do ładowarki, z aparatu wyjęłam kartę pamięci i wepchnęłam ją do komputera, nie w tę dziurę, ale za to na siłę, no i się zaczęło....Moje towarzyszki wakacyjne spały w pokojach nieświadome moich męk, a ja najpierw próbowałam tę kartę wyjąć nożem, potem gwoździem, następnie widelcem, zakładką metalową do książki, nożyczkami i nic.
Po czym dostrzegłam maleńką szparkę z jednej strony. Zaczęłam szukać wykałaczki, zapałki lub patyczka. Nie znalazłam, ale za to wyczerpała się bateria w komputerze, bo cały czas sprawdzałam czy ta karta jednak tam nie działa przypadkiem, że może to jednak właściwa dziurka. Idąc z komputerem do sypialni, potknęłam się o sznur od komputera na schodach i boleśnie upadłam, ratując jednak komputer. Podłączyłam go do ładowania, a sama przemyśliwałam jak wyjąć tę cholerną kartę. O 5:00 rano dalej zdjęć z karty nie wydostałam, czekałam aż obudzi się Zuzia, żeby od niej pożyczyć pęsetkę, bo co jak co, ale pęsetkę Zuzia ma zawsze. O 6:30 nie wytrzymałam i obudziłam ją, prosząc o pożyczenie pęsetki. Okazało się, że tym razem jej nie ma. Ale za to, uświadomiłam sobie, że już pewnie są otwarte sklepy. Pobiegłam i kupiłam w czterech różnych sklepach cztery pęsetki różnej grubości, bardziej i mniej wygięte na końcach, wróciłam do domu, ale koszmar trwał dalej.
Żadna z pęsetek się nie nadawała, nie wchodziła, nie mogła uchwycić karty, nieźle już w międzyczasie zmasakrowanej, głównie przez gwóźdź. Po dwugodzinnej męce zdołałam jedną z pęsetek wyciągnąć zniszczoną doszczętnie kartę, nie mówiąc już o tajemniczej dziurze w komputerze, która to dziura, do tej pory nie wiem do czego służy. Całą tę opowieść snuję tylko i wyłącznie w celu uświadomienia Państwu, co potrafi zdziałać kobieta używając sprzętu zaliczanego do wyższej technologii. Pana, który zajmuje się moim komputerem proszę o nieczytanie tego strasznego opisu. Karta zepsuta. Komputer nie działa.
logo

Tyle głupot politowania godnych. Za to da się z tego napisać artykuły pod tytułami:
Janda ( 61 l. ) być może zagra w lalkowym czeskim filmie.
Janda( 61 l.) obniża stawki. Z powodu braku propozycji.
Janda ( 61 l.) dostrzegała dziurkę. Traumatyczne przeżycie nocne.
Janda ( 61 l.) boleśnie poraniona.
Janda ( 61 l.) powie nam, do czego służy pęsetka. Żenująca noc. Itd. itp…
No i tak dalej, można bez końca. Artykuły też mogę napisać. Dla Super Expressu, a potem reszta przedrukuje.
Skończmy z tym.
DRUGA NIEDZIELA WAKACJI WIECZOREM.
Przeczytałam na plaży książkę, wywiad, dany pani Karolinie Morelowskiej, przez ks. Adama Bonieckiego. Alfabet ks. Adama Bonieckiego pod tytułem "Czasem trzeba zażartować" i jestem z a c h w y c o n a! Ludzie! Przeczytajcie tę książkę z miłości do siebie. Cóż to jest za lektura! Jak łyk świeżego powietrza. Po głowie błądzą zapamiętane zdania, a prostota i ton tych wypowiedzi, wspaniały. A co zdanie to uśmiech. - Tylko młodzi ludzie pytają - kiedy dojedziemy. - 15 minut śmiechu dziennie, to kąpiel dla duszy, a dusza nie pyta z czego się śmiejesz, więc wszystko jedno, trzeba się śmiać, byle szczerze i głośno. Ks. Boniecki mówi o wolności, która się nierozerwalnie łączy z odpowiedzialnością, o miłości, także o miłości do siebie samego, o tolerancji i równości. O łatwości i formie, o Jerozolimie. O głupocie i apetycie na życie. O złości, luksusie, nieśmiałości. Mądre i ożywcze.
Zaczynam liczyć dni do wyjazdu i cierpieć, że czas pędzi.
DRUGI PONIEDZIAŁEK WAKACJI.
Wczoraj upalna plaża. Parzące słońce i nagle ulewa w słońcu. Deszcz lał się z nieba strumieniami, a słońce nie zachodziło. Nie wiem z jakiej to chmury było, bo chmur nie było, ale było cudnie. Popołudniu znacznie się ochłodziło. Zuzia zarządziła kolejną wycieczkę.
logo
Deszcz Krystyna Janda

Wieczorem siedzieliśmy w jakiejś trattorii, w małym miasteczku, przy jakiejś drodze miedzy Sieną a Grosseto, grała nadzwyczajna muzyka, a Wojtka telefon rozpoznał muzykę, płytę, wykonawców, no i się zaczęło...Zainstalował w naszych telefonach tę aplikację i za wszelką cenę postanowiłam sprawdzić czy to coś, rozpozna Magdę. Jej głos. Artur chodził z Magdą za restaurację, za pobliski kościół, żeby nie myliły się muzyki. Magda, co tam umie, śpiewała do telefonu, ale telefon głupiał...i Jej nie poznawał. No nic, musi pewne mieć komplet i rozpoznaje piosenki także po instrumentacji, całość. Szkoda. Ale zabawa była. A moim zdaniem Świerszcze by rozpoznał, nawet a capella, ale Ona Świerszczy nie chce śpiewać, nawet w nocy za kościołem.
Kupiłyśmy sobie kolejne buty, nie wiemy po co, założyłyśmy i wszystkie nogi (6 nóg razem) mamy obtarte i w pęcherzach. Kobieta to kobieta, mercedes to mercedes- jak mówią Niemcy. Pewne sprawy są pewne, nie zmieniają się nigdy i zawsze na nie można liczyć.
Od kilku dni na plaży podczas obiadów obserwuję parę, małżeństwo, bogatych ludzi, sądząc po przedmiotach, które ich otaczają,(pewnie są też właścicielami jednego tu z domów), którzy nie odezwali się do siebie ani słowem od kilku dni. Leżą obok siebie, opalają się, jedzą obiady w plażowej restauracji, zbierają się, odchodzą, przychodzą. Milcząc. Nawet na siebie nie patrzą! Nawet przypadkiem! Śledzę to. Nie spuszczam już teraz z nich oka, zaintrygowana. Wczoraj, nawet podczas nagłej burzy i piorunów… nic. Nic. Ona anorektycznie chuda i po operacjach twarzy, on z ostatnimi śladami świetności, zaczytani w gazetach, obojętni na innych i świat, i …na siebie. Wielu jest ludzi żyjących obok, ale Ci ....tak bardzo, że aż to widać i "słychać". To ich wielkie milczenie na całej plaży. Aż boli.
Był kiedyś taki żart, nie pamiętam go dokładnie, ale mniej więcej….Żona wchodzi do jadalni, w masce gazowej na głowie i pyta męża – no jak? Jak wyglądam? A mąż, na to – Dobrze. A co? Zgoliłaś brwi?
Obejrzałam w nocy na pożyczonym komputerze "Śmierć w Wenecji" , bo wzięłam ze sobą, na bezsenne noce. Przypomniały mi się młodzieńcze fascynacje i wiele spraw, sprzed lat, podczas oglądania tego filmu. Ach, nawet gdybym chciała je opisać, choćby tylko śladowo, dać kształt, niemożliwe, niemożliwe, tak to skomplikowane i nieuchwytne. Trzeba by pisać i pisać. Zostanę z tym sama.
Wczoraj fotografowałam deszcz. Mamy tu wszyscy wiele zdjęć. Wymienimy się nimi i po powrocie, ofiaruję Państwu część w prezencie. Magda zrobiła mi zdjęcie w kapeluszu, warto było kupić ten kapelusz.
Czytam sztuki teatralne. Wczoraj dwie o starości i odchodzeniu, jedna o Alzheimerze. Nikt tego nie będzie chciał oglądać, a napisane dobrze, nawet bardzo dobrze, tyle że niezaskakująco, oryginalnie, a to grzech pierwszy. Przewidywalność. Dobre dialogi i charaktery, zawodowo, ale....No i żadna nie ma happy endu, a to by było oryginalne w omawianych przypadkach.
Jeszcze pięć dni do wyjazdu.
DRUGI WTOREK WAKACJI.
Plaża z burzą. Już ustaliła się reguła, rano słońce, od 14:00 zaczyna grzmieć, po 16:00 ulewna burza. Burza wielkiej urody, strugi wody w pełnym słońcu! Jakby się pogoda upiła, potem po fajerwerkach świat smutnieje, wpada w depresję, kończy się słońce i robi się smutno, chłodniej i szaro.
Zastanawiałam się wczoraj, dlaczego mamy teraz takie tematy w kinie, dlaczego kino zajmuje się ostatnio tylko chamami, pijakami, złodziejami, ludźmi niskiego statusu społecznego i ludźmi cwanymi i głupimi. Ludźmi nie wartościowymi. I myślałam sobie, co to był za czas, jakie miałam szczęście, że w moich czasach robili filmy Bergman, Visconti, Zeffirelli, Fellini, Bunuel czy Wajda i co to były za tematy! Dziś inteligencją i inteligenckimi tematami zajmuje się już tylko Woody Allen, choć u niego "inteligencja pracująca”. W każdym razie, nie ma świata do którego można aspirować, ani ludzi. Filmy biograficzne zostawmy na boku.
Przeczytałam jednym tchem, na plaży, jakąś książkę, półpornograficzną. Załadowana była do pocket booka, którego mam tu że sobą, książka niespodzianka. Bonus dla kupujących. Czego to ludzie nie wypisują. Ale czytałam nawet w deszczu.
logo
Krystyna Janda

Przeglądam swój kalendarz po powrocie i włos mi się jeży na plecach. No cóż....dam radę.
Remont w Och-Teatrze trwa. Dostaję każdego dnia zdjęcia. Dzielna Marysia. Idzie z tym remontem jak burza. I grają jednocześnie, bez garderób, malują się i przebierają jakoś w piwnicy. Mój Boże. Jak za czasów Modrzejewskiej. Nie było "przeproś" , nawet rodziła dziecko w kulisie, tuż po spektaklu, bo trzeba było grać, zarobić na dach teatru. My też musimy się „zbilansować” każdego miesiąca. Inaczej leżymy. Zazdrościmy innym polskim luksusowym artystom i teatrom. Ale taki sobie wybraliśmy los, a teraz trzeba brnąć dalej. Myślę, że jestem jedyną artystką polską, która tyle czasu, energii i sił oraz pieniędzy władowała w ten utopijny sen. Ale…na siebie i swoje poczynania, pomysły, zarabiam sama, a nasza Fundacja daje pracę i satysfakcję i innym. Płacimy dużo więcej podatków od naszej działalności, niż Państwo nam pomaga. Wielokrotnie więcej. Ale też nie uważam się za Aż Tak Wielką artystkę. Może to o to chodzi. Sprawa spojrzenia, na to, kim się jest i co się robi. Kultura i Sztuka, fundamentalne sprawy każdego Narodu. Świadczące o jego wielkości i poziomie. Mam nadzieję, że choć w części w Fundacji, naszą pracą je tworzymy. A ta nadzieja daje nam szczęście i cel. Górnolotnie? Niech będzie. To wina burzy i tych piorunów które walą w morze jakby rozdzierało ten świat.
Czytam Krzysztofa Tomasika "Homobiografie" . Bardzo ciekawe, ale też mam jakieś dziwne niesmaki czytając. Bo moim zdaniem sporo tam " domniemań". I nie najlepiej napisane. Ubawiła mnie historia z Konopnicką. Kiedy umarła Wiadomości Literackie wysłały telegram do Tetmajera z prośbą o artukuł o niej. Ten będąc we Włoszech, odpisał -" A umarła? 40 kop. od wiersza". Na co Wiadomości odpisały - "Umarła. Dobrze". Po czym ukazał się pean zaczynający się słowami "Jak grom z jasnego nieba uderzyła nas wszystkich wiadomość..." Dużo tam ciekawostek i zabawnych rzeczy także. Ale rozdział o Gombrowiczu po "Kronosie" - zachowawczy.
W ogóle coś te lektury w tym roku z dominantą genderową. A mnie wciąż się przypomina usłyszana przez kogoś z moich znajomych rozmowa:
– Are you gay?
- Sometimes.
Jutro w Teatrze Polonia 50 spektakl "Po co są matki", Joasia Żółkowska z córką Pauliną Holtz, w często bezkompromisowym, a czasem zabawnym tekście .... reżyserował Robert Gliński i wszystko zostało w rodzinie (uwielbiam jak grają rodzinnie, u nas dużo małżeństwa, rodzeństwa, matek, ojców i córek razem), a publiczność doceniła spektakl. Szczególnie kobiety, jego szczerość i aktorstwo. To niesamowite, wiele naszych tytułów przekracza 100 prezentacji, dochowaliśmy się też 200, kilku tytułów. Muszę to zbadać.
DRUGA ŚRODA WAKACJI.
logo
Krystyna Janda

Od rana telefony z Polski, bo tam, jak już pisałam, po ukazaniu się tekstu dziennika z poprzedniego tygodnia, i na mojej stronie i na Facebooku, artykuł w jakimś szmatławcu "Pijana Janda szalała w samolocie" (aby zrozumieć trzeba przeczytać początek moich zapisków z pierwszej niedzieli, stąd też moje żarciki poniedziałkowe, bo już o tym wiedziałam). Zdziwił mnie tylko zasięg, siła i zainteresowanie tym „newsem”. Oraz ilość telefonów, tutaj do nas, na ten temat. Oczywiście ten "elektryzujący" news został przedrukowany na portalach internetowych w Onecie, tylko portal Gazety Wyborczej się trzyma, jak skonstatowała Zuzia, wprawna w ocenie takich zdarzeń, nic nie zamieścili.
Cała akcja żałosna, ale ja już się przyzwyczaiłam i nie drga mi nawet powieka. Śmialiśmy się z tego cały czas, bo telefonów co niemiara, znajomi, ci, który wiedzą, że prawie zupełnie nie piję, zdumieni. W Komunizmie nie do pomyślenia, nie było tego rodzaju prasy. UBecy zbierali identyczne informacje i zapisywali je w raportach, także kłamiąc i konfabulując, ale były one wykorzystywane w zupełnie inny sposób, do szantaży, zastraszania i niszczenia ludzi. Ci też niszczą, tylko publicznie i za większe pieniądze. Podobno taki artykulik w szmatławcu 1500 złotych zarobku. Kto by z tego towarzystwa, nie sprzedał matki nawet, za te pieniądze, albo nie wymyślił najgorszego świństwa na człowieka.
Chętnie zostałabym zabawną pijaczka, tyle smutków stałoby się mniejszych, mówię to od lat, ale niestety…mój organizm reaguje, na alkohol histerycznie. Nawet na kieliszek wina. Szkoda.
logo
Krystyna Janda

Burze nie ustają, popołudniami zaczyna się "teatr przyrody", zjawiskowy.
Wieczorem, wspominaliśmy stan wojenny, pierwsze chwile, pierwsze aresztowania, nocą.
Magda z Wojtkiem jeżdżą do Saturnii, do basenów z siarką, wracają cudownie uzdrowieni i zadowoleni. Śmierdzą oboje jak dwa zgniłe jajka, ale skórę mają aksamitną. Reszta z nas, zostaje na plaży i czyta. Ja leżę na piasku na brzegu morza, często zagapiona, bezmyślnie, jak skóra z diabła. Jakby mnie morze wypluło.
Jutro Scansano.
DRUGI PIĄTEK WAKACJI
Ze Scansano były nici, bo nadeszły smutne wiadomości z Polski, o chorobie i nieszczęściu naszych przyjaciół i nigdzie nie pojechaliśmy, roztrząsaniom nie było końca, potem milczeniu nie było końca, na koniec telefonom nie było końca.
Dziś milcząca plaża. Jakieś zdjęcia na pamiątkę. Jakieś bransoletki na szczęście u handlarzy plażowych, ze skórki, ze sznureczka. Jak dzieci. Zaklinanie czasu i losu. Jest tu ten, co jak co roku śpiewa po francusku"Dlaczego płakać? Trzeba zapomnieć" - szamam plażowy afrykański. Zwykle go tylko pozdrawiamy, a tym razem, usiadł przy nas i swoje filozofie życiowe wygłaszał z godzinę. Ciągle śpiewa, tę jedną piosenkę. Od tylu lat. Powiedział, że piosenkę ułożył sam, a śpiewa żeby dodać sobie odwagi przy sprzedawaniu (za grosiki) bransoletek i książeczek z bajkami afrykańskimi dla dzieci. Twierdzi, że traktuje pracę jak misję. Wciąż mam w uszach tę jego mantrę, to nieśpieszne śpiewanie- nieśpiewanie, pewnie nie raz, usłyszę je w głowie podczas nadchodzącego roku i to mnie ułagodzi.
W Warszawie w naszych teatrach wszystko dobrze. Dużo ludzi, głownie na nowościach, czyli to warszawiacy, a nie przyjezdni. Za chwilę zaczynamy granie na Placu Konstytucji, premierą - "Czerwonym Kapturkiem" Brzechwy. W Och-Teatrze remont trwa. Na sali i przed teatrem skończony i już grają, a garderoby się robią, jadę je kończyć, a Marysia wyjedzie na krótkie wakacje.
Od poniedziałku gram codziennie, mój kalendarz powoli się wypełnia, dyrektorowaniem także. Spotkania, rozmowy, zebrania, czytania, papiery i inne „konieczności”. Na szczęście Kasia, nasza dyrektor, wciąż powtarza, że ona papiery kocha. Lubi też pisać i czytać umowy i rozmawiać z prawnikami. Zdumiewające przyjemności. Zresztą nasz kontroler finansowy, też przysyła mi tu co chwila raport tygodniowy, raport miesięczny, zestawienie takie, inne. Porównanie na wykresie, sprzedaży biletów z czerwca 2012 z czerwcem 2013, i twierdzi. że też lubi te liczenia i raporty, kosztorysy i rozliczenia. Na szczęście. Bo ja z kolei lubię zadawać mu pytania, a po ilu spektaklach zwróci się produkcja tego i tego spektaklu? I czy w ogóle się zwróci? Bo jak po 300 spektaklach, to nie ma szans. I tak większość naszych tytułów gramy ponad 100 razy, co jest absolutnym, absolutnym w Warszawie ewenementem, wiem to na pewno po tylu latach. Choć sama mam kolekcję, i ról, i spektakli przeze mnie reżyserowanych, granych, i dwukrotnie, i trzykrotne więcej.
Nie śpię i tak, więc zabawię się i wyliczę te spektakle- role, które przekroczyły 100.
"Edukacja Rity" - około 400 spektakli - Teatr Ateneum
"Medea" - prawie 100, z tymi spektaklami wznowionymi, już po śmierci Zygmunta Hubnera - Teatr Powszechny
"Dwoje na huśtawce" - około 150 - teatr Powszechny. Poprosiliśmy z Piotrem Machalicą o zdjęcie spektaklu, bo uznaliśmy, że jesteśmy już za starzy.
" Kobieta zawiedziona" - około 140 - Teatr Powszechny
"Mąż i żona" - prawie 200 razy Teatr Powszechny, najpierw grany na małej scenie, przeniesiony na dużą, a potem zdjęty także na naszą prośbę, bo my z Joasią Żółkowska uznałyśmy, że już trudno nam grać w naszym wieku, jej - Justysię, mnie -Elwirę. Och, jakbym dziś zagrała tę rozkoszną rolę! No, ale nic, w Teatrze Polonia wyreżyseruję ją na młodszej zdolnej aktorce i będę przychodzić i cieszyć się jak gra.
"Biała bluzka " pierwsza wersja z Teatru Ateneum ponad 150 razy, wersja z Och - Teatru, ciągle grana, już ponad 130 razy. Wciąż w repertuarze.
"Kto się boi Wirginii Woolf" - ponad 140 razy - Teatr Powszechny „Lekcja śpiewu . Callas." - ponad 170 razy- Teatr Powszechny „Mała Steinberg" - ponad 120 razy - Teatr Studio.
"Ucho, gardło, nóż" - 200 razy - Teatr Polonia, nadal w repertuarze.
"Shirley Valentine" - około 900 razy, choć to jest nie do policzenia, bo najpierw grałam w Teatrze Powszechnym, potem jeszcze w trakcje remontu na małej scenie w Teatrze Polonia, a teraz na Dużej w Polonii, jakieś już 300 razy.
"Boska!" - prawie 200 razy - Teatr Polonia, wciąż grana.
"Weekend z R." - prawie 150 razy – Och-Teatr, wciąż grane.
"32 0mdlenia" już prawie100 razy - Teatr Polonia, wciąż grane.
I oby jeszcze wiele, różnych. Choć ostatnio preferuję reżyserię.
Jutro rano wyjeżdżamy do Rzymu. Wakacje się kończą. Podczas pobytu tu przeczytałam około 20 - 30 sztuk, teatralnych posługując się dalej liczbami. Na liczby przeliczano potęgę Związku Radzieckiego. Pamiętam to, zwiedzałam Moskwę, a przewodnik mówił: - Tę czerwona gwiazdę na tym domu, który ma N pięter, oświetla N tysięcy żarówek…itd. Niech będzie. Nasze wyniki są imponujące. Na skale europejską.
Wracając do sztuk czytanych, znalazłam dwa, trzy tytuły, warte zainteresowania, a może nawet produkcji. Jedna szczególnie mi się spodobała i myślę że będzie przydatna do naszego repertuaru. Robię plan trzyletni na oba teatry.
DRUGA SOBOTA WAKACJI
logo
Krystyna Janda

Rzym. 12 godzin chodzenia, prawie bez przerwy. Kiedy wróciliśmy do hotelu późną nocą, przed odlotem do Polski, chciałam odkręcić nogi i wyrzucić przez okno. Co to za miasto! Staliśmy pod oknem Felliniego, pod Jego balkonem raczej i gapiliśmy się w historię.