Od lat dziewięciu nie jestem na żadnym etacie. Nie podpisywałam żadnej stałej umowy o pracę, tylko umowy o dzieło. Od lat piętnastu mam firmę i samozatrudnienie jest od lat moim sposobem na utrzymanie. W naszej fundacji, można powiedzieć, w mojej fundacji, gram i reżyseruję za pieniądze, także za prowadzenie artystyczne obu scen Fundacja mi płaci, sumy równoważne pensjom innych dyrektorów teatrów. Wszystkie wypracowane przez nas zyski idą do Fundacji i przeznaczamy je na cele statutowe, czyli na prowadzenie dwóch teatrów i produkcie nowych sztuk. Nic z zysków nie pozostaje w kieszeniach, ani moich - prezesa i fundatora, ani mojej córki -członka zarządu, ani w kieszeniach Rady Fundacji, uczestnictwo w Radzie jest zresztą honorowe.

REKLAMA
Moja córka też ma firmę jednoosobową, jak i wielu aktorów, scenografów, muzyków itd. Nazywanie naszych teatrów prywatnymi jest błędne, są o tyle tylko prywatne, że to nasza rodzina założyła fundację i przekazała fundacji salę teatralną. Skorzystałam z okazji, przy temacie, który chcę poruszyć i prostuję te sprawy. Każdy zresztą z tzw. teatrów prywatnych, działających na rynku jest inaczej zorganizowany i mają one różne osobowości prawne, ale to na marginesie. Współpracujemy z wieloma aktorami, artystami będącymi na etatach w innych teatrach. Obserwuję jak są traktowani i zgrzytam zębami.
Podsumowując, dawno nie podpisywałam stałej umowy o pracę w teatrze.
W czasach kiedy je podpisywałam, były w nich ustalone punkty, które mniej więcej pamiętam. Po pierwsze były to umowy sezonowe, każdego roku dyrektor artystyczny teatru przeprowadzał rozmowy z aktorami, mówił jakie ma plany repertuarowe i czy będzie "korzystał" z aktora w danym sezonie, w zależności od tego podpisywał na kolejny sezon umowę z nim lub nie. Bywało i tak, że po usłyszeniu planów repertuarowych aktor rezygnował z umowy i szedł gdzie indziej. W praktyce dyrektorzy "przetrzymywali" aktorów na minimalnych pensjach przez dwa, trzy lata, a dopiero potem rozwiązywali umowy, jeśli aktor "nie przydał się" dwa lub trzy sezony (w socjalizmie dyrektorzy przetrzymywali takich aktorów bywało całe życie, ale teraz także nie o tym). Wynagrodzenie w takiej umowie obejmowało dwa punkty: pensja miesięczna podstawowa, w zasadzie było to minimum socjalne i wynagrodzenie za grane spektakle.
Pensja zobowiązywała do dyspozycyjności, ( tzn. w wypadku wyjazdu z miasta, trzeba było informować teatr, bo w każdej chwili mogła nastąpić jakaś choroba, zmiana planów repertuarowych na inne itd, teatr musiał mieć informacje gdzie są jego członkowie zespołu), aktor też w ramach pensji był zobowiązany do odbycia prób do nowego przedstawienia, czy zastępstwa, przy czym nowe próby, nowa rola, to nigdy nie była niespodzianka, ten obowiązek etatowy był sygnalizowany na kilka miesięcy wcześniej - terminy prób, data premiery, rola, itp. W wypadku nagłego zastępstwa, zawsze miało to charakter nagły, często był to wyczyn artystyczny i zawsze płatne to było podwójnie jeśli chodzi o grane spektakle. Próby do zastępstwa należały do obowiązków w ramach pensji. Dobry też zwyczaj wymagał, żeby aktor który zrobi zastępstwo, zostawał pół na pół na roli z aktorem zastępowanym, do końca eksploatacji tytułu.
Próby odbywały się godzinach od 10:00 do 14:00, wieczorem aktor miał obowiązek być w teatrze na godzinę przed przedstawieniem. A w czasie wolnym od prób i spektakli mógł dysponować swoim czasem w porozumieniu z teatrem.
Za spektakle aktorzy mieli płacone osobno, ustalone kwoty, bynajmniej nieoszałamiające, a w czasach socjalizmu, obowiązywały także tzw. normy, umowa zawierała ilość norm, to znaczy ilość spektakli zagranych przez aktora w ramach pensji, czyli de facto za darmo. Pamiętam, że kiedy zaczynałam, miałam normę 12 spektakli, nigdy nie udawało mi się zagrać nic ponad normę, czyli pracowałam za gołą pensję. Wysokości wynagrodzeń były brane z "drabinek" czyli stawek ustalanych odgórnie przez Ministerstwo, wiązały się one nie z talentem czy popularnością, a stażem w zawodzie. (potem gaże uwolniono, teraz to całkowicie wolny rynek i sprawa negocjacji).
Jeśli aktor miał film, a mnie to często dotyczyło, zgodę na to musiał wydać dyrektor teatru na piśmie i aktorzy najczęściej na ten czas brali urlopy bezpłatne w teatrach, co było wygodne dla obu stron, bo w czasie urlopu teatr nie mógł wymyśleć zajęć dodatkowych czy nieprzewidzianych, a dla teatru była to ulga finansowa, w czasie nieobecności aktora nie wypłacano mu pensji. Budziło to wiele kontrowersji, bo było wielu aktorów, którzy nie grali i nie mieli prób, a latami pobierali pensje, no ale powiedzmy nie była to ich wina, o tym decydował dyrektor.
Aktor miał prawo odmówić jednej roli w sezonie, zwyczajowo nie odmawiało się zastępstw nigdy, zastępstwa świadczyły o przynależności do zespołu, teatru, współodpowiedzialności za teatr.
Dyrektor teatru miał obowiązek spotkania z zespołem artystycznym tuż na początku sezonu, zawiadomienia o planach artystycznych i repertuarowych na dany sezon, ewentualnie przy zmianach planów robiono zebrania korygujące, aby każdy wiedział na czym stoi, tak, aby każdy mógł ułożyć sobie życie zawodowe i prywatne, pozateatralne.
Wszyscy graliśmy w filmach, telewizji, pracowaliśmy w dubbingu, radio, przyjmowaliśmy koncerty, prowadzenia imprez itd, oczywiście w porozumieniu z teatrem. Wszyscy wtedy wiedzieli i rozumieli, że zarobienie dodatkowych pieniędzy jest konieczne, bo pensje teatralne były głodowe, nie wystarczały na życie i utrzymanie rodziny. Wszyscy starali się sobie pomagać i przy obopólnej lojalności udawało się to wszystko urządzić.
Próby do nowych spektakli trwały około trzech miesięcy, było ich około 45, w godz 10:00 do 14:00 i trzy próby generalne, dni o nielimitowanej konieczności uczestnictwa w pracach teatru, przedpremierowe trzy dni i często noce, w teatrze. To też było zapisane w umowie.
Zdjęcia do filmu trwały około półtora miesiąca, 35 dni zdjęciowych to wtedy była norma na zrobienie filmu i przekroczenie tego było dla produkcji filmu zabójcze finansowo.
Teatr TV próbowało się miesiąc w godzinach popołudniowych, czyli od 15:00 do 18:00, tak, aby aktorzy mogli zdążyć do telewizji z próby w teatrze i wrócić na spektakl. Potem nagranie trwało tydzień i na ten czas aktor musiał dostać zgodę od dyrektora. Nagrywało się czasem także nocą, ale przeważnie kończono nagranie tak, aby aktorzy mógli zagrać wieczorem w swoich teatrach.
Wszystko dało się zaplanować i ułożyć.
Aktorzy grali gościnnie w innych teatrach za zgodą i porozumieniem dyrektorów. Generalnie im większą renomę, sławę, popularność zdobył aktor, także poza swoim teatrem macierzystym, tym korzystniej było go mieć w zespole aktorskim, bo przyciągał publiczność, a wtedy teatry utrzymywały się w dużym procencie z pieniędzy zarobionych na biletach. Teatr Powszechny, którego byłam pracownicą aż w 38%, co było imponujące.
Po co to wszystko piszę? I do tego historycznie i nudno.
Nasza fundacja, nasze dwa teatry, Teatr Polonia i Och-Teatr zatrudniają aktorów z wolnego rynku, to znaczy niezwiązanych z teatrami, ale także angażujemy aktorów etatowych. Jest zrozumiałe, że i w sprawie prób, jak i grania spektakli musimy czekać na repertuary innych teatrów, macierzystych teatrów naszych aktorów. Nie jest to łatwe, ponieważ w niektórych teatrach do ostatniej chwili nie ma w tych sprawach decyzji, nikt nic nie wie, a niektórzy dyrektorzy planują z trudem na dwa tygodnie naprzód. W naszych teatrach ustalamy repertuar na dwa, trzy miesiące naprzód, a bilety wprowadzamy do sprzedaży na miesiąc naprzód najpóżniej. Czekanie na decyzje innych dyrektorów jest dla nas udręką i często stratą finansową. Aktorzy nie mają pojęcia czy będą robili coś nowego u siebie w teatrze i co się będzie działo. Ponosimy te wszystkie niedogodności, bo jest wielu, bardzo wielu artystów dla których wszelkie te komplikacje i ryzykowne sprawy warto przecierpieć. Tak więc u nas to aktorzy i ich zobowiązania, i ich zależności dyktują nasz repertuar.
Ale w gruncie rzeczy i nie o tym chcę pisać. Nudne to wszystko, za co przepraszam, ale być może ważne dla aktorów. Bo aktorzy, mam uczucie, są coraz częściej traktowani jak niewolnicy, instrumenty do grania, bez praw, bez możliwości dysponowania sobą, w zamian za etat.
Zrobił się ostatnio zwyczaj próbowania w teatrach rano i wieczorem, przy czym ilość prób doprowadzających spektakl do premiery bywa zaiste nieograniczona i dyrektorzy teatrów na to pozwalają, nie myśląc o aktorach i ich interesach. Tak więc młodzi reżyserzy robią próby od 10:00 do 15:00 i znów wieczorem od 19:00 do 22:00, a prób tych potrafi być i 100 i więcej. To znaczy, że żeby doprowadzić do premiery angażują młodzi twórcy teatry i artystów nawet na 400 godzin . Nie zwalniając aktorów, nawet epizodycznych z ani jednej próby, ani na chwilę (rekord warszawski to bodaj 170 prób czterogodzinnych).
W naszych teatrach do premiery doprowadza się góra w 40 prób, i jest nam wszystko jedno czy próby odbywają się tylko rano czy także wieczorem, oznacza to tylko krótszy lub dłuższy okres przygotowawczy. 50 prób to jest absolutnie wystarczająca ilość, przy trzech generalnych próbach, już na scenie, w dekoracjach, dwóch z publicznością i jednej technicznej. To wystarcza, jeśli reżyser jest przygotowany do projektu i wie, co chce zrobić, a nie poszukuje i improwizuje na "ludziach" oraz tworzy tekst. Choć można i tak, państwowe teatry mogą sobie na to pozwolić. Nieograniczone poszukiwania.
Eksperymentalne działania mają tam swoje miejsce, za co im chwała, ale ....na rachunek teatrów, a nie aktorów. To znaczy aktor w umowie o pracę powinien mieć zapisaną liczbę prób na zrobienie roli, a jeśli będzie tych prób więcej nie z jego winy, powinno mu się za te próby zapłacić dodatkowo. Jest różnica między 160 godzinami prób, a choćby 400 godzinami, zaiste.
Wiem, że aktorzy siedzą cicho, że się boją. Nie chcą stracić etatów, narazić się, chcą przeżyć w trudnych czasach, ale...na litość boską! Czy to nie dyrektorzy teatrów, a przede wszystkim ZASP powinien myśleć o swoich zespołach, o swoich członkach?
Czy aktorzy muszą być traktowani jak niewolnicy czy bezprzedmiotowo przez reżyserów, w których, razem z władzą na czas prób, wchodzą często demony?
Pracujmy razem, szanujmy się nawzajem, nie wykorzystujemy sytuacji i funkcji, myślimy o innych, o ich życiu. Czy pieniądze, które płacą teatry artystom wystarczają na życie? Pewnie zależy to od nazwiska i wysokości umowy o pracę.
Nie wiem po co to pisanie? I że to ja akurat upominam się o aktorów. To raczej apel do Związku Zawodowego aktorów. Czasy Przybyszewskiego się dawno skończyły, dziś wielu Przybyszewskich, Wyspiańskich, Kantorów, wielcy artyści, reżyserzy żądają dużych pieniędzy i dla siebie i na inscenizacje, a rzemieślnicy muszą harować na ich geniusz, siedzieć cicho, nie mogąc odebrać dzieci z przedszkola, kiedy geniusze mają wenę.
Tak też bywa, i dobrze, ale w umowach aktorskich z teatrami powinny być i obowiązki i prawa.
Nie wyobrażam sobie, żebym nie zrobiła wszystkiego, aby aktor mógł zagrać rolę w filmie. mimo że gra czy próbuje u nas w teatrze. Żeby mógł wyjechać z żoną po operacji na odpoczynek, czy nie poszedł na ważny dla niego casting, mimo że jest w trakcie prób. Wszystko można ułożyć, zaplanować, unormować. Artystą się bywa, tylko od czasu do czasu, a trzeba i żyć.