Trwa wojenka z naszym amerykańskim sojusznikiem o słowa, słowa, słowa… Gafa Obamy zabolała. Czytał co mu kancelaria napisała i wyszedł taki pasztet! Doszło do wymiany listów z prezydentem Komorowskim i teraz politycy we wszystkich mediach zastanawiają się czy forma: „wyrażam żal” to przeprosiny, czy nie. Zbliża się czas wyjazdów na polskie obozy harcerskie, które są polskie nawet jeśli skauci polscy rozbiją namioty w egzotycznym kraju opisywanym przez Słowackiego w „Ojcu zadżumionych”. Te polskie obozy, co każdy harcerz wiedzieć powinien, różnią się od obozów niepolskich „na terenie polskim urządzonym przez nazistów”. W liście Obamy do prezydenta Komorowskiego zauważyłam niezwykłą dbałość, wręcz poprawność polityczną by nie urazić Niemców. Pisze się mianowicie o obozach „nazistowskich”, a nie „niemieckich”. Jego biuro widać na zimne dmucha.

REKLAMA
Najlepszym komentarzem do całej tej sytuacji jest rysunek Henryka Sawki. Henryk przesłał mi go w mailu zanim jeszcze pojawił się na „fejsie”, ale nie miałam czasu na wpis. To jest clou naszej awantury. Nasunęło mi się w związku z tym spostrzeżenie, że gdyby Hitler (poprawność polityczna każe napisać Hitler, jakby to on sam był winien, a przecież doszedł do władzy z woli ludu niemieckiego) wygrał wojnę i ktoś w przemówieniu powiedziałby o „polskich obozach” musiałby przepraszać, bo przecież Polacy to Słowianie, czyli podludzie, którzy nie potrafiliby zorganizować tak wspaniałej machiny. Pamiętacie? Polnische Wirtschaft? (Teraz nasza gospodarka jest ok., tylko nie radzimy sobie ze swoim narodowym kompleksem niższości!)
logo

Bo punkt widzenia zależy nie tylko od punktu siedzenia, ale od zwycięzcy. Zwycięzcy dyktują historię. Niestety. Choć Niemcy przegrały wojnę są zwycięzcami, a my mimo osiągnięć, wciąż stawiamy się na pozycji przegranych. Politycy u nas nie potrafią nic innego prócz pyskowania. Istnieję o tyle, o ile się nie zgadzam. Taki okres w życiu dziecka nazywa się okresem negatywizmu dziecięcego. Kochasz mamusię? Nie. Lubisz marchewkę? Tak, i pluje taki berbeć marchewką w twarz rodzicielki. To trwa u malców ze dwa trzy lata. Nasi niewyrośnięci politycy nie mogą wyjść z tego wieku.
Wojenka polsko amerykańska nie jest dla nich ważna. Liczy się to, że można „dosolić gościom”. W taką grę bawili się bohaterowie sztuki „Kto się boi Virginii Woolf”. U nas dosalają sobie politycy. Gdy tylko nadarza się sposobność, dalej szaleć po telewizjach. Leszek Miller poucza ministra Rotfelda, co powinien zrobić. Nie odebrać medalu! Z pewnością on jako działacz partyjny w czasie komuny, odwinąłby się Związkowi Radzieckiemu! Nie odebrałby orderu sierpa i młota! Jakoś wówczas nie słyszało się o protestach przeciw łagrom. Po prostu nie było powodu, bo nasi rządzący zgadzali się we wszystkim z przyjaciółmi radzieckimi. Dziś Leszek Miller korzysta z dobrodziejstw wolności. I cudnie. Każdy może korzystać, ale na Boga, siwowłosy mąż stanu powinien się jakoś miarkować, ważyć słowa. O Ziobrach i Błaszczakach nie wspomnę, bo to ratlerki. Były bulterier prezesa Kaczyńskiego Jacek Kurski dorzucił swoje trzy euro grosze, choć dziwne, że nie wyjął z magicznego cylindra dziadka premiera, wiadomo skąd i nie obciążył winą Tuska.
Jan Karski nie miał szczęścia do zachodnich przywódców, gdy z narażeniem życia przedarł się z wiadomościami o apokalipsie, która się u nas dzieje. Przyniósł wieści, których nikt nie chciał usłyszeć, a więc nie usłyszał. I tak dobrze, że go nie zabili, jak to zdarzało się w historii z posłańcami przynoszącymi złe wieści. Nie ma biedny Karski szczęścia nawet po śmierci, gdy oddają mu honor i odznaczają, bo zamiast mówić o jego zasługach, krzyczy się o krzywdzie wyrządzonej nam przez Obamę.