Media muszą być nieustająco podekscytowane, nawet jak nie ma czym się emocjonować muszą odpowiednio podgrzać atmosferę. Tak jak kania pragnie dżdżu, a reklama aluzji seksualnych, tak gazety i telewizja muszą mieć jakieś dopalacze. Jak starszy facet, któremu już nie staje energii (tu należy chrząknąć znacząco), a chciałby jeszcze, albo wręcz musi pociupciać, bo ma żonę o cztery dekady młodszą, łyka niebieską pigułkę viagry, która otworzy mu seksualne niebo.

REKLAMA
Póki było EURO 2012, jakoś to szło, dziennikarze byli podnieceni, zwłaszcza sprawozdawcy dostawali orgazmu, było hura, łzy szczęścia i rozpaczy, nagłe zmiany nastroju, jak przy wyjątkowo ciężkim klimakterium (tak, tak wiem coś o tym!). Minister Mucha obok Platiniego, Platini obok prezydenta i jakoś to leciało. Potem, prawie natychmiast Londyn. Otwarcie, medale, brak medali. Majewski super, naprawdę super facet. Wiedziałam, że musi być w porzo, to od razu się czuje. Byłam kiedyś z nim w jakimś programie TV, zauważyłam, że jest czuły dla słabszych i pokrzywdzonych przez los. Niektórzy przegrani też fajni. Najbardziej żal mi bokserki, która mogła wygrać, ale jakiś paskudny działacz nie wpuścił jej trenera do narożnika, zabrał jej oparcie. Działaczy nie powinno się opłacać! Niech pracują charytatywnie, albo za średnią krajową.
Teraz jest gorzej, bo nic się nie dzieje. W Ameryce jak zwykle dochodzi do strzelaniny, bo każdy może sobie kupić broń automatyczną, zaczynamy myśleć: trudno, ich problem. Po Breviku nikt się już nie emocjonuje kilkoma trupami. U nas króluje Plichta, który nabił w butelkę tysiące ludzi, a sobie nabił kabzę. Plichta kojarzy mi się z moim remontem, bo to jakby rodzaj szlichty. Mały Para-bankowiec przeleciał jak meteor przez wszystkie gazety, pokazał się we wszystkich telewizjach, i w myśl zasady, dobrze czy źle, byle z nazwiskiem zyskał popularność. Miał nawet epizodzik z synem premiera Tuska, który to syn złożył publiczną samokrytykę i prosił by napisać o nim, że jest debilem. Cóż, w tej sprawie, powiem tak jak mawiała moja matka: „przez grzeczność nie przeczę”. Plichta wraz z żoną, której nazwisko nosi, założył nową firmę! Do księgi Guinnessa z nim. Osiem wyroków i nie siedzi, a tutejszy menelek, który zwinął dwie stare opony z garażu, kibluje pod celą, choć skrzywdził nie setki ludzi, a jednego właściciela auta, którego zresztą nikt tu nie lubi.
Ciężkie życie reporterów, burza mózgów nie zda się na nic, bo cóż mogą wymyśleć? Rozmowy z prostytutkami i leśnymi tirówkami już były, młodzież za darmo robiąca loda, w ustronnym zakątku miasta, opisana od A do Zet. Jeszcze tylko żywioł został! Dachy zerwane, domy pozalewane budzą współczucie, i chęć pomocy, przynajmniej tyle. Gdyby nie zalany tunel i bomba ważąca pół tony, pozostawiona przez naszych, obecnie najlepszych przyjaciół, nie byłoby o czym ćwierkać ani w TV ani w sieci. O małej Madzi było cicho, dopóki pewna pani, nowy aniołek prezesa, nazywana bombą PiS –u, powiedziała, że śmierci tego dziecka winne są feministki. Do tej osoby redaktorzy zwracają się per pani profesor, przeczytałam w sieci, że jest prawniczką z Uniwersytetu Warszawskiego. To kobieta, która wszystkich poucza, przerywa, krzyczy na dziennikarzy i gości. W Babilonie była nie do oglądania. Mój mąż, który jest właśnie prof. UW, twierdzi, że ona nie może być z UW, że jednak obowiązują tu pewne standardy, i że chyba jest z UKSW, nie uwłaczając temu poświęconemu uniwersytetowi.
logo
Pszczoły nie widać! Fot. Krystyna Kofta

Niedawno przesłałam na blog swoje foto na tle liści winorośli. A teraz? Już fioletowieją kiście. Pszczoły na kwitnącym krzewie, który niedługo zacznie opadać! Chciałam sfotografować dla Was pszczołę, ale chyba nie wyszło. Sezon ogórkowy w pełni, teraz właśnie ogórki gruntowe są najlepsze, nadają się na małosolne i do sałatek. Są już także gruntowe cukinie i dynie, różnej wielkości i różnych kształtów, mają kształt bomb, ale nie wybuchają. Kupujemy je u źródła, prosto od hodowcy z Marywilskiej. Zupa z małej japońskiej, ciemno pomarańczowej dyni to poezja! Mimo tylu zajęć zawsze gotujemy w domu, rzadko gdzieś chodzimy, a więc jasne, że musiałam nauczyć się gotować szybko. Mąż lubi domowe jedzenie, godzi się w miarę chętnie, na rolę podkuchennego. Chcę Wam dziś kochani, podać mój przepis na dobry obiad. Można zrobić tylko jedno danie, albo pełen wypas. Lepsze niż u tych dwóch, co się wszędzie reklamują, aż strach patrzeć na ich noże, gotowe do akcji.
logo
Kiście już fioletowe! Fot. Krystyna Kofta
PRZEPIS 1: Przekroić małą dynię, usunąć pestki (jasne, że można je zjeść), pokroić na kawałki i gotować razem ze skórką, dodając 3 ząbki czosnku, kawałek imbiru, zieloną pietruszkę, kawałki zielonego selera, sól, pieprz, kto lubi może dać kostkę rosołową. Gotować do miękkości, ok. pół godziny, przetrzeć przez sito, jeśli za gęsta, dodać trochę wody. Każdemu położyć na talerz plasterek masła albo/i łyżkę śmietany. Moim zdaniem śmietana zbytnio rozmywa smak, ale dzieci wolą. Trwa to wszystko razem nie więcej niż pół godziny.
PRZEPIS 2: Na drugie danie, małe 10 – 12 centymetrowe cukinie, przecięte wzdłuż, położone na wielkiej patelni polanej oliwą, lekko posolone i popieprzone, ze szczyptą tymianku. Smażą się ok. 15 minut, w sumie, po obu stronach. Kto lubi doda ząbek czosnku, a jak nie to nie. W tym czasie gotujemy makaron wstążki, albo inne śrubki, jakikolwiek, odcedzamy. Na makaron daję utarty ser (nie smażę go, bo ciężkostrawny) na to cukinie. Kto lubi, może dodać pieczonego pomidora ze świeżą bazylią i macie super wystawny, nie tuczący obiad.
PRZEPIS 3: Na deser: świeże, sezonowe owoce, maliny, porzeczki, z łyżeczką gęstej śmietany i łyżeczką cukru. Można też położyć na patelnię pokrojone banany, a gdy się rozpłyną posypać połamaną gorzką czekoladą (70%), a jak kto ma małe dzieci to mleczną. Jednak latem lepiej surowe owoce, albo owocowe kisiele, przyrządzane w domu. Na dziś jednak dość gotowania! Trzeba zobaczyć co w mediach piszczy!