FOT. SLAWOMIR KAMINSKI / AGENCJA GAZETA

Neil Armstrong to był fantastyczny gość. Skromności można by się od niego uczyć. Powinni zwłaszcza politycy. Pan Czarnecki poseł, już nie pamiętam gdzie teraz należy, chyba do PiS-u, postanowił kandydować na szefa PZPN, może grał kiedyś w piłkę nożną i uważa, że się na tym zna? Zrobił dotąd mały krok, a raczej małe kroczki, wędrując z partii do partii, teraz chce zrobić skok! Na kasę z PZPN-u.

REKLAMA
To niesamowity facet! Powiedział, że jeśli może zrobić coś dobrego dla kraju, to robi, bo tak go wychowano! A co takiego zrobił? To tajemnica, której nawet przebudzony, ostatnio uśpiony agent Tomek nie jest w stanie zgłębić, chyba, że uwiedzie posła Czarneckiego jak kiedyś posłankę Sawicką. Dla dobrego agenta płeć nie ma znaczenia. Takie małe kroki a potem wielkie skoki na kasę robią politycy i działacze ze wszystkich partii, nie tylko PSL, PO, PiS, teraz mówi się głośno o tym co wszyscy wiedzą, że rady nadzorcze tworzy się po to by krewni i znajomi królika (nie obrażając tych sympatrycznych zwierząt) mieli możliwość dojenia państwa. Państwa polskiego i wszystkich państwa, czyli nas, którzy płacimy podatki.
Nie chcę się denerwować, bo dopiero wróciłam z cudownej doliny Jarząbczej, idzie się żółtym szlakiem w lewo, z końca doliny Chochołowskiej. Nic dziwnego, że tę dolinę uwielbiał papież Jan Paweł II. Myślicie, że pełno tam ludzi? No to spójrzcie, na końcu jest ogromna polana, oprócz nas trojga, mnie, męża i syna, nie było nikogo, po godzinie pojawiły się dwie osoby.
logo
Polana Papieska w dolinie Jarząbczej Fot. Krystyna Kofta

Armstrong postawił pierwszy krok na księżycu, na którym my od dawna mamy swojego człowieka, niejakiego pana Twardowskiego. Czasami mamy ochotę wysłać polityków na księżyc, ale to byłaby zbrodnia, co ten jak mówi poeta „planeta blady” jest winien? Mniej więcej tak wyglądamy, realnemu światu przeciwstawiamy mrzonki. Często też zamiast rozumu używamy uczuć, dlatego poseł Czarnecki startuje na stanowisko, o którym nie ma zielonego pojęcia. Jest kandydat Kosecki, były piłkarz, prowadzi społecznie (!) szkółki piłkarskie dla dzieci, ale chyba się nie przebije. To tak na marginesie.
Neil Armstrong miał powiedzieć: „To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”. Piszę, że miał powiedzieć, bo mówi się, że wcale tego nie powiedział. Media wieszczyły, że nic już nie będzie takie jak było, co mówi się zawsze, gdy zdarzy się coś wspaniałego lub paskudnego, jak wieże klękające 11 września. A wszystko toczy się dalej, tak samo. Bo ogólne stwierdzenia mają to do siebie, że nic nam nie mówią. Zarówno to, że „nic nie będzie już takie samo”, jak i to, że „wszystko zostanie jak było”, są w tym samym stopniu prawdziwe co nieprawdziwe. Po powrocie z księżyca na ziemię zaczęły się problemy Neila ze sławą. Nie znosił jej. Na początku naiwnie rozdawał autografy, ale potem okazało się, że „wielbiciele” je sprzedają. Miarka się przebrała, gdy zaufany, strzygący go od wieków fryzjer, wystawił na aukcji jego włosy. Jak relikwie. Trochę podobieństwa z kardynałem Dziwiszem, zbierającym papieską krew się nasuwa. Armstrong nie chciał być świeckim świętym. Zaczął słabować na serce. Nie był vipem, żadnym celebrytą, kupił farmę i chciał na niej żyć w spokoju.
Fakt, że wylądował na księżycu jest niepodważalny. Chociaż pamiętam dobrze, że nie wszyscy w to wierzyli. Jako studenci, jechaliśmy tego pamiętnego dnia 21 lipca 1969 roku, z moim mężem i grupą przyjaciół do Puszczykówka pod Poznaniem, oglądać „na żywo” film ze zdobycia księżyca. W dwa samochody, jeden to mocno zdezelowany mały fiat, drugi to chyba była Łada lub coś w tym guście, pożyczony od czyjegoś ojca. Nikt z nas nie miał telewizora! O mało nie bylibyśmy w stanie obejrzeć „na żywo”, bo mieliśmy wypadek. Źle skręciliśmy i się cofnęliśmy, a nasi koledzy walnęli w nas ze średnią szybkością, ale wystarczającą, by w małym fiacie wyleciała podłoga. Donos o wypadku na milicję złożyły – pech chciał, że tędy jechały – zakonnice w mercedesie. Zawiadomiły milicję, bo nie było wówczas policji, że „bananowa młodzież” jeździ za szybko. Była sprawa, jakiś sąd. Do dziś śmiejemy się, bo ja na pytanie sędziny, czy kierowca wyrzucił migacz, powiedziałam, że nie widziałam, żeby coś wyrzucał. Udawanie przed milicją i sądami mieliśmy wtedy we krwi. Jednak mimo wszystko, po opatrzeniu niewielkich ran, zdążyliśmy na transmisję. Ojciec dziewczyny, do której jechaliśmy był profesorem, jednym z najbardziej znanych astronomów polskich. Był już stareńki, ale bez śladu sklerozy, żadnego Alzheimera, nic z tych rzeczy, a mimo to uważał, że to fikcja, że Amerykanie nagrali to w studio! Nie był członkiem partii, nie był komunistą, przeciwnie, a jednak nie wierzył Amerykanom. My też nie musimy im wierzyć we wszystko co nam obiecują.