Właśnie skończyłam AUTOBIOGRAFIĘ, jestem już po korekcie, książka ukaże się pod koniec września. Dlatego też mam pod ręką opis i fotografię pierwszego dnia szkoły. Tę fotografię zrobił mój ojciec. Fotografować lubił, robił jednak niewiele ujęć, tylko wówczas, gdy zdarzyło się coś ważnego.

REKLAMA
logo
Dla moich rodziców wykształcenie było, obok uczciwości, czymś najważniejszym w życiu, stracili wszystko co było materialne, uważali, że tego co się umie, nie można stracić. Poszłam do szkoły wieku sześciu lat, bo już w wieku pięciu lat swobodnie czytałam i rodzice obawiali się, że będę się w domu nudziła. Moje rodzeństwo było już dorosłe, siostra i brat mieli swoje życie, a ja urodzona z kalendarza małżeńskiego byłam, co prawda ukochanym, ale jednak późnym „wypadkiem przy pracy”.
To zdjęcie stoi u mnie na regale. Niesamowicie odświeża pamięć! Mam na sobie uszytą przez matkę grantową wełnianą garsonkę z przypinanym białym kołnierzykiem, z plisowaną spódnicą. Te szyte przez nią mundurki prześladowały mnie jeszcze w liceum. Bywały także z marynarskim kołnierzem, co najstarsi ludzie może jeszcze pamiętają. Na to lekki jasnoszary żakiet z wełny boucle, koloru pieprz i sól, nazywany „feferunzalc”. Przerobiony z kostiumu matki, bo była bieda i wszystko mieliśmy wciąż przerabiane.
Byłam bardzo jasną blondynką, miałam prawie białe włosy uczesane z przedziałkiem, część wpleciona z boku, i dwie granatowe „szlajfy”, czyli kokardy. Mam dość pucołowatą twarz, jasne oczy, białe brwi naturalnej, pszenicznej blondynki, i bezczelny uśmiech.
Po uroczystej akademii w szkole nr 36 przy ul. Słowackiego, którą zagaił kierownik szkoły pan Ciuła, na której były przemówienia, recytacje wierszy, chóry i tańce szkolnego zespołu w kolorowych spódniczkach z papierowej krepy – w takiej występowałam kilka lat później w szkolnym zespole tanecznym - byłam pełna emocji i myślałam o przyszłości. Bardzo chciałam się uczyć, choć przerażała mnie dyscyplina, o której mówiła matka, sugerując, że będę musiała siedzieć spokojnie i słuchać nauczycieli. A jako rozpuszczone najmłodsze dziecko nie miałam na to najmniejszej ochoty. Miałam być grzeczna!
Gdy skończyły się te uroczystości, matka wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do sklepu ze słodyczami przy ul. Kraszewskiego. Były tam marcepanowe świnki, cukierki majowe – zielone poduszeczki, wypełnione jakąś pyszną grylażową masą. Jadło się je rzadko, bo były dla nas za drogie. W tym wyjątkowym dla mnie i moich rodziców dniu, matka kupiła mi wysoką tutkę, w kształcie rogu obfitości, pełną „konfektów” w szeleszczących złotkach i sreberkach, jak u nas w domu nazywało się dobre czekoladki. Miałam skórzany stary tornister po siostrze, który ojciec odnowił. A w nim drewniany piórnik z góralem, który nie podobał się rodzicom, ale tylko takie były, i wszystkie dzieci je miały. Obsadka ze stalówką, ołówek, gumka, kredki i klej, stanowiły zawartość piórnika.
Elementarz Falskiego przeczytałam od deski do deski już wcześniej, znałam Alę, Olę, psa Asa, i te śmieszne kwestie: Mamo, mamo, tato, tato, tam lata samolot! Cieszyłam się na naukę pisania, bo tej umiejętności jeszcze nie posiadałam.
Już pierwszego dnia ojciec mnie ostrzegł, żebym nie mówiła w szkole o tym co słyszę w domu, o bolszewikach, o tym że przed wojną dziadkowie mieli fabrykę, i tym podobnych sprawach, bo może się to dla taty źle skończyć. Na szczęście większość nauczycieli miała poglądy podobne do moich rodziców, nie byli donosicielami, ale nie wiadomo było na kogo się trafi.