W wielki piątek pościło się od rana. Dzieci mogły jeść chleb z masłem. Na obiad był chudy żur na prawdziwym kwasie, z gotowanymi ziemniakami, bez jajka na twardo. O kiełbasie trzeba było zapomnieć w całym wielkim tygodniu...

REKLAMA
Na drugie cebula, pokrojona w cieniutkie piórka, kiedyś chcąc się wykazać pokroiłam ją brzytwą ojca, ale nie spotkało się to z jego aplauzem. Na tę cebulę, lekko zmorzoną cukrem, lało się zielonkawy, ciemny olej rzepakowy, dodawało ziemniaki w mundurkach, oczywiście obrane, wszystko lekko posolone.
To miało wspaniały smak!
Lubiłam postne potrawy. Po obiedzie dzieci zajmowały się obieraniem cebuli, żeby farbować jaja do święconego. Do mnie, ponieważ uchodziłam za dziecko uzdolnione plastycznie, należało wyrzeźbienie baranka z masła. Żadnej formy, nie było gotowców! Rzeźbiłam pilnie, aż masło się topiło, czasami wychodził niedźwiedź, niekiedy bernardyn, ale lepiłam tak długo, aż się upodobnił do baranka. Robię to co roku!
W moich, kilka lat temu opublikowanych dziennikach, szukam świąt Wielkiej Nocy. Znajduję notatkę z 1987, ja byłam wówczas w depresji, ale rzeźba i tak powstała. „Wawrzyn pojechał z koszem do święconego. Jajka farbowane w łupinach od cebuli. Baranek wyrzeźbiony z masła. Bukszpan z ogrodu. Rzeźbię tego baranka co roku. Tak jak w domu. Robiłam to od dziecka: oczy z ziela angielskiego, uszy z bukszpanu”.
Pracowałam wtedy jak mały motorek, są notatki: Mirek mi pomaga, umyliśmy okna, wyprałam firanki. Wawrzyn też się dobrze spisał. Siedział ze mną w kuchni i przez trzy godziny kroił w kostkę wszystko, co mu kazałam. Przez cały czas rozmawialiśmy. Jakby powiedział Witkacy, były to rozmowy istotne.
Czasy nie były wesołe. W niedzielę wielkanocną przyjechała żona naszego kolegi ze studiów, który wyemigrował, a prawdę mówiąc został samowolnie, chyba oddalił się od wycieczki. Szwajcarka. On nie mógł, bo by go nie wypuścili. A ponieważ umierał jego brat, więc żona szwajcarska przyjechała towarzyszyć mu przy śmierci, nakręciła z tego film. Oglądanie śmierci brata na filmie wydawało mi się nierzeczywiste i dziwaczne. Towarzyszył jej Marcin Kęszycki z Teatru 8 dnia. To o czym piszę, to przypomnienie jak było, bo niektórzy sądzą, że w PRL-u było lepiej.
A w poniedziałek wielkanocny w czasie trwania stanu wojennego, 12 kwietnia 1982 jest takie zdanie:
„W nocy usiłowaliśmy złapać radio Solidarność. To było trudne. Nadali osiem minut”.
Tak, to była nasza Solidarność. Prawdziwa. Chociaż ja sympatyzowałam, nie należałam. Nigdy i nigdzie. Dostałam wtedy paczkę żywnościową z Francji, „od tłumaczki Anieli Feo, która miała tłumaczyć moje „Wióry”. Kawa, herbata, cukier, kakao. Mydło. Muszę napisać, żeby tego nie robiła. Na paczce, zamiast żywność napisała „pokarm””. To nas ubawiło.
W nocy wspaniały program, blues w wykonaniu Bessie Smith. Ta płyta nazywa się „Blues z pustego łóżka” i jest wstrząsająca. Choć wiem, że łóżko pełne też może być puste, gdy wieje chłodem i zmusza do łez w poduszkę. Na szczęście nie często tak jest. Nikt już tak nie zaśpiewa. „Ella Fitzgerald jest świetna, ale to produkt dużego pieniądza”. Tak pisałam wtedy. Wiem, że Szymborska Ellę „ubóstwiała”, ja też lubię, ale gdzie jej tam do Bessie!
Dziś, że wrócę do 2012 roku, zwlokłam się, bo już mi lepiej, i tak jak zawsze ufarbowałam skorupy jaj na bardzo ciemny kolor, miałam czerwoną cebulę. Baranek będzie wyrzeźbiony jutro, bo musi być z najświeższego masła, żeby przetrzymał święta, a potem się go da do ciasta.
Będzie stał obok baranka starca, który chyba ma z osiemdziesiątkę? Utłuczony, poobijany. Chciałam, żeby rodzice kupili nowego, jakiegoś z cukru, ale nie i nie, upierali się, że ten ma być zawsze. Teraz ich już nie ma, mamy jakieś nowe baranki, ale i tak ten będzie w koszyku. Na razie został tylko umyty, dostanie chorągiewkę. Co roku inną. Na fotografii, dość kiepskiej, bo zdjęcie robiłam komórką, widzicie ciemnoczerwone jajo i stareńkiego baranka, który przeżył niejedno i niejednego! Niech żyją baranki! I my żyjmy zdrowo. To takie wstępne życzenia, bo nie wiem czy jutro dam radę.
logo

P.S. Pan Jerzy Mazgaj nawet nie wie, że to jemu zawdzięczam swój piękny, żółty płaszcz, który wziął udział w sesji glamour. Jeśli jutro uda mi się już wyjść do święconego, to oczywiście w tym płaszczyku, żółtym jak żółtko jaja wielkanocnego! Bo gdyby nie wyprzedaż w jednym z jego sklepów, nigdy bym go nie kupiła!