Oglądałam spotkanie premiera z rodzicami dzieci niepełnosprawnych. Głównie z matkami, bo faceci bardzo często uciekają, gdy rodzi się chore dziecko. Dzieci są na głodowym zasiłku. To ponury obraz, pięści się zaciskają. Pomagam, komu i ile mogę, ale wiem, że potrzebny jest system, że pieniądze nie mogą zależeć od dobrej woli, nikt nie powinien żebrać. To nie jest demagogia co piszę, bo wszyscy wiemy, że „trzeba coś z tym zrobić”. Rządowe „trzeba” mnie wkurza! Pieniądze na zasiłki dla chorych dzieci dawno powinny się znaleźć. Dobrze jednak, że w ogóle coś drgnęło, choć szkoda, że politycy pieką przy tym swoją śmierdzącą pieczeń i wciągnęli w to również niektórych rodziców tych dzieci. Statystyki mówią, że gdy podnosi się jakieś świadczenie, od razu wzrasta ilość potrzebujących. Tak więc obok systemu przydzielania, musi istnieć system kontroli, bo wielu jest oszustów. Należy tu przypomnieć NAJWIĘKSZĄ ILOŚĆ „LEWYCH RENCISTÓW” w naszym kraju.

REKLAMA
Naprawdę trudno pisać o problemie pisarki Kai Malanowskiej, chociaż dotyka to mojego zawodu. Malanowska jest młodą, zdrową i pewnie utalentowaną kobietą, która za mało zarabia pisząc książki. Tydzień temu w programie Marcina Mellera „2 Śniadanie Mistrzów” mówiliśmy o tej wkur…. pisarce. Niestety nie czytałam jej książki, nawet nie wiedziałam, że była nominowana do nagrody NIKE. Chyba nikt z biorących udział w programie nic jej nie czytał, a wszyscy czytamy dużo. Mówiłam, że jeśli sprzedała 3 tysiące egzemplarzy, to jak na nieznaną szerszej publice autorkę, jest super wynik! To premia za nominacje.
Mówiłam też o tym, że jeżeli czytelnictwo u nas jest NAJNIŻSZE W UNII EUROPEJSKIEJ to odniosła sukces! Powinna się cieszyć! Poza tym nie wie wiem czy dostała wcześniej zaliczkę, jaką podpisała umowę itd. Nie będę mówiła o Kafce pracującym w banku, Gombrowiczu i wszystkich wielkich, średnich i mniejszych pracujących na etatach, albo jak Joyce szukających sponsorów…
UWAŻAM, ŻE MOŻNA ŻYĆ Z PISANIA, ALE NIE Z LITERATURY. Takich ludzi jest niewielu. Piszę jeden felieton miesięcznie do Twojego STYLU, za pieniądze. Bloga za frico. Jeżeli chcę zrobić kasę „na życie” wtedy piszę książeczkę popularną (np. „Mała encyklopedia małżeńska”), która zarabia na pisanie powieści albo sztuki.
O stypendium się nie starałam, raz dostałam z ministerstwa na napisanie sztuki, dostałam też nagrodę na festiwalu, za sztukę „PĘPOWINA”. I Grand Prix na festiwalu „Dwa teatry”, za teatr telewizji. To też zasługa reżysera i aktorek, zwłaszcza Danuty Szaflarskiej. Miałam kilka tłumaczeń książek. I tyle. To mój wybór, moja robota. Moje szczęście, że: po pierwsze mam czytelników, po drugie wydawców, którzy chcą mnie drukować. Nie mam agenta z tej prostej przyczyny, że mam więcej propozycji, niż mogę napisać. Rozumiem, że agenta ma Janusz Głowacki, którego sztuki grane są na całym świecie, ale po co agent młodej autorce? Jestem na rynku prawie 40 lat! Nauczyłam się negocjować zaliczki i umowy, dopiero gdy nadciągnął kapitalizm.
W PRL-u się nic nie negocjowało! Życie literackie polegało na czekaniu. Ścieżki szybkiego druku były dla wybranych. Czekało się na papier, na to aż cenzura łaskawie dopuści do druku, na wolne maszyny. Nie żyję życiem literackim, nagrodami, nie liczę na nie, choć czasami je dostaję. Opiszę początek swojej „kariery”, opisywałam to także w Autobiografii, ale przytaczam, bo śmieszne i straszne. Mam dokument z własnej prehistorii. Napisałam opowiadanie pt. LUSTRO i wysłałam na konkurs KULTURY. Istniało pismo o takim tytule. Nadeszło tam około tysiąca prac. Były 3 nagrody i 7 wyróżnień.
Dostałam wyróżnienie, o którym redakcja zawiadomiła mnie świstkiem, którego fotę załączam. Na tymże świstku zamalowano czarnym atramentem (jeszcze nikomu nie śniło się o komputerach) jakieś słowo, a nad nim nadpisano „wyróżnienie”. Nie byłabym sobą, gdybym nie odczytała skreślonego słowa. A właściwie dwóch słów: „drugą nagrodę”.
logo
Wyróżnienie czy druga nagroda? :) Fot. Krystyna Kofta

- Czyli otrzymałam drugą nagrodę? - Spytałam redaktora, odbierając nagrodę w pokoju redakcyjnym przy ul. Wiejskiej, bo nie pojechałam na „uroczystość rozdania nagród”. - Czy chciał mi pan dać do zrozumienia, że tak było? - Nie chciał odpowiedzieć. Przecież nic prostszego jak wkręcić w maszynę kartkę i napisać raz jeszcze.
Potem pisałam powieści. Debiut „Wizjer”- cztery lata, bo wychowywałam syna, a do tego trzeba było zarabiać w różny sposób. Byłam „modelem fryzjerskim”, tak to się nazywało. Sprzedawałam rysunki wykonywane trudną techniką – piórkiem, w jednym egzemplarzu. Teraz żałuję, na wystawie w KARTONOVNI, która jeszcze wisi, nie ma ich.
logo
Wystawa prac Krystyny Kofty w Kartonovni Fot. Marta Zielonka
logo
Wystawa rysunków Krystyny Kofty w Kartonovni w Warszawie Fot. Marta Zielonka
Mój mąż nie zarabiał wówczas wiele, robił doktorat, był asystentem na UW. W przeliczeniu wychodziło ok. 25 dolarów, co ukrywaliśmy przed obcokrajowcami, zwłaszcza ze Stanów, gdzie obowiązuje zasada: "jesteś tyle wart, ile ci płacą”.
Gdy wyszła książka byłam tak szczęśliwa, że w ogóle nie myślałam o pieniądzach. Nie były wielkie, przeciwnie. I mimo, że sprzedało się 20 tysięcy egz., nie było mowy o dodruku, papier był reglamentowany. Potem napisałam WIÓRY. O wypadkach poznańskich w 1956. Obie te książki miały świetne recenzje, WIÓRY nawet miały dostać jakąś ważną nagrodę, ale wybuchł stan wojenny i wszystko wzięło w łeb. Na wydanie trzeciej, czekałam w Wyd. Czytelnik osiem lat! Gdy wydawca przywiózł mi z Rosji tysiąc dolarów za książkę, wydaną w 1993 roku, w nakładzie stu tysięcy, byłam zdumiona, bo zwykle Rosjanie w ogóle nie płacili. Za drugi nakład w tej samej wysokości już nic nie dostałam, wydawca się zwinął i finto.
Sądzę, że Kai Malanowskiej udało się wzbudzić wielkie zainteresowanie, zrobić sporo szumu wokół siebie, mimo że sytuacja jest ciężka, na naszej granicy słychać niedźwiedzie pomruki, dzieci niepełnosprawne nie mają kasy na podstawowe dla nich rzeczy, na rehabilitację, na leki, o zabawkach nie wspomnę! A powinny mieć. I z tego kotła piekielnego wyłoniła się pisarka, jak Królewna Śnieżka, narzekająca, że za mało jej zapłacili! To sukces, że sprzedała 3 tysiące egz. Udało się jej stosunkowo niewielkim kosztem zrobić skandal! Nie rozebrała się publicznie, nie zrobiła sweetfoci jak europoseł Jacek Kurski na Ukrainie, na tle Majdanu. Teraz z pewnością sprzeda więcej, bo ludzie będą ciekawi, co też napisała! Zaistniała publicznie, może wejdzie do władz Stowarzyszenia Pisarzy, bo tam trzeba wkurzonych i pomoże nie tylko sobie, ale i debiutantom, bo oni mają najgorzej! Każdy wydawca powie, że nie ma nic lepszego niż skandal, żeby się sprzedać! „Taka jest prawda, nieprawda, i innej prawdy nie ma”, że zacytuję w tym miejscu poetę Stanisława Barańczaka.