
No więc jak to jest z tym narzekaniem, czy to przypadkiem nie jest zaraźliwe? Latam do Polski z upodobaniem (wszak to kraj rodzinny, okazuje się, ze korzenie nie tylko istnieją, ale jakoś głęboko wrosły w glebę mojej duszy...) - ale za każdym powrotem, czyli z grubsza raz lub dwa razy w miesiącu, robię się utyskująca, zgryźliwa, niezadowolona i bez przerwy narzekam, NARZEKAM...Narzekam, głównie na narzekanie!
REKLAMA
Od zawsze wierzyłam, a wiara ta była poparta latami empirycznych doświadczeń, że pierwszą (a może i jedyną? Tu głos zabrał mój niepoprawny optymizm...) wadą narodową Polaków jest alkoholizm. Lata mijały, alkoholizm jak i cała reszta zyskał na klasie, miejsce pijaniusieńkich, zataczających się człekokształtnych postaci pod budkami z piwem i po bramach, zajęli równie liczni wprawdzie, ale już bardziej eleganccy panowie, korzystający szeroko już nie tylko z usług bab na Polnej, u których można było o każdej porze dnia i nocy nabyć pół litra (wiem co mówię, sama kupowałam...) ale z szerokiego (względnie) asortymentu działu alkoholowego licznych sklepów całodobowych. Zamiast "Patykiem pisanego" i wina marki "Wino" na salonach a raczej po kawalerkach i nie tylko, obecnie używa się Cabernet, Merlot i innych rodzajów i gatunków win, które nie mają wprawdzie tej samej mocy procentowej, ale za to przysparzają klasy pijącym. Alkoholizm, niestety, jest trwałą wartością w narodzie, trudną do wytrzebienia jak każda narodowa tradycja, niemniej jednak ostatnio po kilkunastu a może i kilkudziesięciu pobytach w kraju, w którym przypadkowo się urodziłam (jak każdy, nikt nas nie pytał o zdanie...) zaczęłam poważnie podejzrewać, że naszą główną wadą narodową jest - narzekanie.
Narzekanie na wszystko! Na rząd, oczywiście (a kto go wybierał?), na mężów, na żony (to samo pytanie - a kto ich wybierał?) na niskie pensje, na ceny, na podatki i opłaty, na kocie łby na ulicach i dziury w jezdniach, nawet na pogodę. Deszcz pada? Straszne! Zimno? Jeszcze gorzej! A może upały? To okropne! I tak w kółko. Przy tym istnieje coś w rodzaju ogólno-polskiej solidarności, jeśli idzie o krytykę francuskiego "Ca va? - Tres bien!" jak też, a może zwłaszcza amerykańskiego "How are you? - Very well!". Te dwa niezmienne powiedzonka ludzi, mieszkających niby za miedzą ale jednak w zupełnie innym świecie, nie znajdują zupełnie akceptacji w nadwiślańskim kraju, są uważane za sztuczne, nieprawdziwe i pomawiane o pełną hipokryzję! Natomiast nikomu nie wpadnie do głowy, że opowiadanie o złośliwościach teściowej, wadach współmałżonka czy własnych hemoroidach zupełnie, ale to zupełnie nie interesuje interlokutora, który nie chce znać aż tak intymnych detali z życia swego rozmówcy.Będąc w sytuacji kogoś z zewnątrz, bardzo często występuję w roli takiego spowiednika, prawie księdza, któremu powierzane są najbardziej tajemne bolączki, najbardziej osobiste tajemnice, wszystko oczywiście w formie narzekania. Wiję się, skręcam, nie wiem, jak się zachować, czy przytakiwać, boleśnie aprobując, czy zająć stanowisko oburzonej, przyklaskującej tym zawodzącym skargom, czy może wręcz powinnam jakoś zadziałać, nakrzyczeć na niewiernego męża, stłuc niegrzeczne dzieci i sprawić, by spoza chmur wylazło słonko??? Nie! Skarżący się ziomkowie nie oczekują tego ode mnie, oni po prostu chcą się wyżalić, ponarzekać, i - z lekkim sercem odchodzą w siną dal, twierdząc na odchodnym, że im pomogło! Im - może, mnie - wręcz przeciwnie. Przygnieciona wagą nie moich problemów, tępieję, garbię się, wzdycham ciężko i tracę apetyt na życie. Błagam! Dość tego narzekania, dajcie wreszcie święty spokój, mnie, jak i wszystkim innym ofiarom, które są zmuszone do wysłuchiwania waszych utyskiwań! Z kłopotami rodzinnymi zwracajcie się do poradni małżeńskich, sprawy waszego zdrowia psychicznego kierujcie do psychiatry, psychologa lub psychoanalityka, a z hemoroidami najlepiej iść do przychodni. Nie chcę wysłuchiwać narzekań, mam dosyć! Wypraszam sobie! No, ponarzekałam, i już mi lepiej...
