
zasłanianie sobie twarzy - i to nie tylko maseczką, dla zabawy - udawanie, ze jest się kimś innym, wypieranie się swoich poglądów, przeistaczanie faktów - dno, dno, dno!!!!!
REKLAMA
Nie tylko nie znoszę, nie tylko się brzydzę, ale ja wręcz gardzę hipokryzją. Wydaje mi się naprawdę czymś ohydnym wypieranie się własnych czynów, brak odwagi cywilnej potrzebnej do wzięcia na siebie odpowiedzialności za to, co się robi czy co się robiło, dla przyznania się że można było nagrzeszyć, pomylić się lub zmienić zdanie. Opowieści, że dzieci wykorzystywane przez księży, co nareszcie staje się na całym świecie faktami, wywlekanymi na światło dzienne, same prowokują tych pasterzy dusz do czynów pedofilskich, jest tak grubymi nićmi szyte, że nie tylko jest to odwracanie kota ogonem (czy - księdza ogonem???) ale wręcz perfidnym oszustwem, które powinno być sądownie karalne. Podobnie rzecz się ma ze sprawami aborcji. Jest to oczywiście temat tabu, jak wiele ważnych tematów w nadwiślańskim kraju, i samo wypowiedzenie tego słowa budzi grozę i oburzenie.
We Francji pół wieku temu aborcje nie były dozwolone, toczka w toczkę jak aktualnie w Polsce. W Polsce wtedy natomiast, w każdym szpitalu, w każdej klinice i u każdego ginekologa prywatnie można było się pozbyć niechcianej ciąży. Czasy się zmieniły. We Francji od lat siedemdziesiątych sprawa ta była dużą bolączką, tłumy kobiet poddawały się oczywiście zabiegom usuwania ciąży nielegalnie, co powodowało znaczne zagrożenie dla ich zdrowia. Wtedy właśnie Simone Weil. filozof i wspaniała ikona polityczna, która zresztą część dzieciństwa spędziła w Oświęcimiu, zaczęła działać w obronie tych kobiet. Jest ona pomysłodawczynią odezwy, manifestu 343 znanych kobiet, które publicznie przyznały się, że pomimo oficjalnego zakazu, poddały się zabiegowi aborcji. Oczywiście, nie były to wszystkie kobiety w tej sytuacji - tych było o wiele, wiele więcej, te "343 salopes" (coś między "świnie" a "kurwy") to były wyłącznie kobiety sławne - aktorki, literatki, naukowcy i inne. Są wśród nich wyłącznie bardzo znane we Francji nazwiska, zresztą niektóre z nich są też znane u nas - Francoise Sagan, Jeanne Moreau, Brigitte Bardot czy Marguerite Duras albo i Catherine Deneuve - to sławy światowe. Wszystkie one opowiedziały, że w którymś momencie życiowym musiały poddać się aborcji!
Simone Weil złożyła do Sejmu projekt prawa, który po wielu dyskusjach przeszedł większością głosów, a samej Simone Weil zaproponowano stanowisko ministra zdrowia, które obok innych funkcji piastowała przez długie lata. Od tej pory we Francji aborcja jest zalegalizowana i mówi się, że sprawa tego, co dzieje się w brzuchu kobiety jest wyłącznie jej sprawą osobistą i że tylko ona ma o tym decydować. usunięcie ciąży, nawet niechcianej, nigdy nie jest aktem banalnym, dla kobiet jest to zawsze przeżycie traumatyczne, ale - w czasach, o których mówię, nie istniały jeszcze środki antykoncepcyjne, więc kobiety wystawione były na ciężkie próby, no chyba że wybierały pójście do klasztoru. Ja sama musiałam poddać się temu zabiegowi kilkakrotnie, już pierwsze dziecko z pierwszej w życiu ciąży wychowywałam samotnie, no ale nie dałabym rady wychować sama czterech małych Toeplitzów, a pójście do klasztoru jakoś nigdy mnie nie pociągało.
Z moich rówieśniczek nie znam ANI JEDNEJ, która choć raz nie była w podobnej sytuacji i nie zdecydowała się na usunięcie ciąży - ( no tak, jedna jedyna, okazało się, że jest bezpłodna i nigdy nie miała też dzieci) ale teraz jakoś chyba zapomniały, i mowy nie ma o "przyznaniu się" do tego. Czy taka odezwa, jaką odważnie podpisały gwiazdy we Francji, byłaby do pomyślenia w Polsce? Niestety, nie sądzę... Jedna z pań zajmujących kierownicze stanowisko nawet powiedziała mi w rozmowie prywatnej, że oczywiście, ona też poddała się skrobance, i to aż dziewięć razy, ale nie, nie należy o tym mówić...
Straszna ta hipokryzja! Uszy po sobie, kłamiemy, w obronie własnego grzbietu, no bo a nuż to nam zaszkodzi... We Francji usuwanie ciąży jest oczywiście od tej pory legalne, robi się to bardzo wcześnie, gdy jest to zygota, nawet nie embrion i nie ma mowy o "życiu" takiej milimetrowej zygoty, trwa to pięć minut i jest bezbolesne, coś w rodzaju aspirowania, odessania błony śluzowej z obecnymi tam jeszcze plemnikami i tą zygotą. Co więcej, nie musi to zapłodnienie być wynikiem gwałtu, jedynym kryterium jest zdanie kobiety. Ciąża która wynikła z przypadku a nie z głębokiej potrzeby dania nowego życia, dziecko niechciane, nie upragnione nie jest szczęśliwe - ani ono, ani jego rodzice.
Czy nie lepiej byłoby, zamiast zacietrzewiać się na temat zakazu aborcji, spróbować przerażające fakty mordowania noworodków, przetrzymywania ich pod gruzami, w beczkach, w zamrażalnikach? Czy nie lepiej znaleźć metody wychowawcze, przeciwdziałające głęboko zdemoralizowanym, nieuświadomionym dzieciakom, które bawią się w "słoneczko" oglądają filmy pornograficzne i są matkami w wieku 12 czy 14 lat? Odkąd w Paryżu zaproponowano wymianę dystrybutorów z batonikami na podwórkach szkolnych na dystrybutory z darmowymi prezerwatywami, nie ma aż tak krańcowych przypadków tragedii, a dozwolone wszak aborcje są niezwykle rzadkie - przecież istnieją środki antykoncepcyjne, właśnie z prezerwatywami włącznie, a w razie przypadku losowego - także pigułki "następnego dnia". Ale - czy lepiej zamknąć oczy, udawać świętoszków, i być hipokrytą????
