Jakie to budujące, że ludzie stoją godzinami w kolejkach, po sztukę!!!!
Jakie to budujące, że ludzie stoją godzinami w kolejkach, po sztukę!!!!

Kolejki, kolejki.. ja - niestety - pamiętam jeszcze te tasiemcowe kolejki w których się stało godzinami - po kurę, po lodówkę, po zapisy na meble.. Kiedyś w Warszawie - a było to z pięćdziesiąt lat temu - zobaczyłam jakąś taką dłuuuugą kolejkę, więc wiedziona odruchem narodowym, natychmiast się ustawiłam. Nie wiadomo było dokładnie, po co stoimy - mieli coś dowieść, coś "rzucić" jak wtedy się mówiło. Miałam nadzieję, że to szklanki albo papier toaletowy, okazało się po dwóch i pół godziny stania, że rzucili...czajniczki do herbaty. Mam taką relikwie przeszłości do dziś...

REKLAMA
Gdy w 1968 roku wyjechałam z Polski, wyposażona przez nasze Ministerstwo Kultury w bilet samolotowy w jedną stronę i polecenia jak najdłuższego pozostawania poza granicami kraju - czego do dziś pilnie przestrzegam, wpadając tylko czasem na krótkie wizyty - jednym z szoków, jakich doznałam w Paryżu, były właśnie kolejki. Widok kolejek nie był mi obcy - w Warszawie lat sześćdziesiątych było to zjawisko nagminne, stało się właściwie po wszystko, po buty, śledzie i talon na lodówkę.
Na większe zakupy, takie właśnie jak lodówki, pralki czy meble, stało się często całą noc, żeby o jedenastej, w momencie otwarcia sklepu, zapisać się na listę oczekujących - z nadzieją, że kilka miesięcy potem, przy jakimś kolejnym transporcie, taki wystany talon okaże się trafny, padnie na nas, i staniemy się szczęśliwymi posiadaczami pralki "Frania"albo i kompletu meblowego, składającego się z pluszowej olbrzymiej kanapy w kolorze barszczu z towarzyszącą jej parą foteli.
Właśnie taki komplet wystała ku swojej bezbrzeżnej radości moja ówczesna przyjaciółka, która jednakowoż nie stała całą noc osobiście, a wynajęła do tego pewną babcię, która za skromną opłatą siedziała całą noc w kolejce na zydelku, odrabiając powinność szczęśliwej potem rezultatem tego stania a właściwie siedzenia, właścicielki tegoż kompletu mebli, które niestety do dzisiaj królują w jej mieszkaniu.
Przylatuję więc wtedy do Paryża, gdzie jak mi się wydawało dolary będą leżeć na ulicach i będzie to kapiące złotem bogactwo, coś między marmurami Teatru Wielkiego a knajpą w podziemiach Pałacu Kultury, całą bogato pozłacaną - a tu normalni ludzie, normalne ulice i...kolejki! Nie od razu załapałam, po co tu się stoi - wreszcie doszło do mnie, ze te długaśne, pozakręcane kolejki są.. po sztukę! Przed kinami, jeśli tylko idzie w nim dobry film, przed teatrem, a już najdłuższe, przed muzeami i salami wystawowymi.
Jest to zjawisko obowiązujące do dzisiaj - zresztą, w kinach w przeciwieństwie do polskich kin nie istnieje system przedsprzedaży, stoi się w kolejce, okienko otwiera się chyba na pół godziny przed początkiem filmu, i sprawnie jeden po drugim, widzowie nabywają bilety i natychmiast wchodzą na salę. W salach muzealnych, no a zwłaszcza przed wystawami czasowymi, kolejki są kilometrowe, i mimo że na stawianych na końcu kolejki tabliczkach, jest aktualizowany czas oczekiwania, czasem baaardzo długi, wszyscy cierpliwie stoją, nieraz i po kilka godzin.
Zawsze takie kolejki są przy Piramidzie, przed wejściem do Luwru - zwłaszcza w niedzielę, kiedy to jest natłok turystów, no a już w każdą pierwszą niedzielę miesiąca, gdy zwiedzanie Luwru jest darmowe, stanie w tej-że kolejce trwa dobrych kilka godzin. Aktualnie takie tasiemcowe kolejki wiją się przed Grand Palais, gdzie jest właśnie wystawa Paris - photo (na zdjęciu). Żeby uniknąć kilkugodzinnego stania, można nabyć bilet przez internet, wtedy oczekiwanie jest znacznie krótsze. A warto, bo wystawa świetna - olbrzymia, skupione są tu najlepsze zdjęcia z wybranych galerii fotograficznych z całego świata.
Ale - kryzys czy nie kryzys, Francuzi, a za nimi całe rzesze turystów, uczęszczają też zbiorowo do bardzo licznych restauracji, zwłaszcza do tych, które cieszą się wyjątkową opinią. Do takich należy niewątpliwie położona w malowniczej dzielnicy Marais (dzielnica, przepraszam, Żydów i homo, znakomite sklepiki, piękna architektura, malowniczy mieszkańcy!) restauracja i równocześnie salon herbaciany, "Le loir dans la theiere" czyli jakby "Popielica w czajniczku". W tej popielicy, po odstaniu długich minut a raczej kwadransów, udało nam się nie tylko zjeść świetny lunch, ale i popchać go ciastem cytrynowym z wielką bitą śmietaną, a porcje są tak olbrzymie, że niesposób ich spożyć w pojedynkę! Rozumiem, że się stoi w kolejce... Warto!!!