
Święta, święta - już po świętach. To dobrze, czy źle? Żal nam, że te cudowne święta, pełne obiecywanych cudnych niespodzianek i tajemniczej magii się skończyły? Czy może cale szczęście, że mamy to już z głowy, odetchniemy nareszcie z ulgą do następnych świąt...
REKLAMA
Znowu nic mi sie nie zgadza. Wszyscy naokoło przeżyli ostatni tydzień w euforii świątecznej, a ja - ze strachem, zmieszanym z odrobiną niepokoju, żeby nie powiedzieć wręcz odrazy. Najpierw - te przygotowania. Porządki, gotowanie, straszne zamieszanie, no i konieczność zaopatrzenia się w szereg prezentów. Potem - kilkugodzinne, a właściwie kilkudniowe siedzenie i obżeranie się,, w towarzystwie rodziny, czyli ludzi, z którymi na co dzień nic tak specjalnie nas nie łączy, oprócz więzów krwi .
Wiadomo, rodziny się nie wybiera, najlepiej z nią się wychodzi na zdjęciu, i tak dalej... Mądrość ludowa daje sobie radę ze związkami rodzinnymi. Tradycja - nie! Wszyscy wszystkich znoszą z fałszywym uśmiechem, wszyscy czuję się mniej lub bardziej zobowiązani darować wszystkim jakieś nikomu zazwyczaj niepotrzebne prezenty, które już od następnego dnia idą do wymiany, zwrotu lub zostają jako prezenty przechodnie. Udaje mi się jakoś, lawirując i kręcąc, wymigiwać się od wspólnego świętowania - uwielbiam dobre jedzenie, ale zdarza mi się ono o wiele częściej, głównie bez okazji, za to zawsze w towarzystwie z wyboru.
Prezenty - to także mój konik, wymyślam je długo i ofiarowuję znajomym, dzieciom i dorosłym, jak i kiedy się da, ale nie w określonych tradycją datach! Z tych moich zachowań mi wynikło, że jestem dziwaczką, wstrętnym odludkiem, samolubem, który nawet nie jest w stanie umyć okien przed świętami, zakatrupić karpia ani nawet utrzeć maku. Trudno, trzeba zaakceptować swoje wady, więc schowałam się gdzieś w kącie, czekając, aż święta miną. I minęły! Spotkałam przyjaciółkę, jest wyczerpana.
Inna koleżanka pada z przemęczenia, ciocia ma torsje, kuzynka utyła, sąsiad dostał rozstroju żołądka. Wszyscy wydali o wiele za dużo forsy ,wszyscy nabyli za dużo nietrafionych prezentów, wszyscy odetchnęli z ulgą, że już jest po wszystkim .No więc jak? Poddajemy się tradycji, ale czy aby robimy to naprawdę z własnego wyboru? Świadomie? Z własnej i nieprzymuszonej woli? Czy też jesteśmy manewrowani? Manipulowani przez handel, który musi obłowić się pod koniec roku, zniewalani przez rodzinę, sąsiadów i ogólny pęd?
Dobrze, istnieją niewątpliwie ludzie, którym cała ta zabawa sprawia autentyczną przyjemność. W porządku! Ale inni? Ci wszyscy, którzy teraz do mnie dzwonią, piszą i facebookują, skarżąc się na przemęczenie, na fakt, że jakoś tam się zawiedli, ze spodziewali się czegoś zupełnie innego? Miała być jakaś magia, a tu straszna proza ości w rybie? Trudno, sądzę, że większość czytelników nie podziela mego zdania, mało, że odsądza mnie od czci i wiary. Ale - pozwólcie mi być szczerą...
