Od 2001 r. mamy ustawę o dostępie do informacji publicznej. Uchwalono ją, by umożliwić nam wszystkim otrzymywanie różnych informacji o działalności organów władzy publicznej. Dzięki niej możemy się np. zapoznać z projektami uchwał rad gmin, dowiedzieć się, jakie kwalifikacje mają prezydenci, burmistrzowie czy wójtowie, a nawet zapytać o to, ile samochodów osobowych zostało zakupionych przez poszczególne ministerstwa w ciągu ostatnich 5 lat. To dobrze, że mamy taką możliwość i że z tej możliwości coraz częściej korzystamy.

REKLAMA
Jako podatnicy – czyli osoby finansujące funkcjonowanie instytucji publicznych – mamy prawo i chcemy dowiadywać się, co one robią, jak wykorzystują pieniądze, które im przekazujemy i co jest efektem ich pracy. Więcej – mamy nie tylko prawo do takiej informacji, ale również prawo, żeby z niej korzystać w sposób dla nas maksymalnie wygodny. Kierując się takim przesłaniem, w 2010 roku będąc ministrem sprawiedliwości uruchomiłem bezpłatny i wygodny(bo przez internet) dostęp do informacji z ksiąg wieczystych. O tym jak ciężko namówić urzędnika do tego elementarnego prawa, czyli prawa do informacji, przekonałem się osobiście. Kiedy uruchomiłem e-księgę wieczystą, to swoje wątpliwości w tej sprawie przedstawił Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych – dlaczego tak łatwo można uzyskać te informacje, to zagrożenie naszej prywatności. Brzmiało to mocno humorystycznie biorąc pod uwagę, że dostęp do informacji z ksiąg wieczystych jest jawny, tylko trzeba się było osobiście udać do sądowego wydziału ksiąg wieczystych. Ta interwencja wówczas zaskoczyła mnie tym bardziej, że w internecie do tych informacji może sięgnąć w praktyce wyłącznie właściciel. Ponieważ księgę wieczystą sprawdza się nie po adresie lub nazwisku, lecz numerze, który zna wyłącznie właściciel. Tą dyskusję najlepiej podsumowały Polki i Polacy, którzy aż 41 mln razy sprawdzili księgę wieczystą w internecie. Nie wszędzie jednak praktyka jak najszerszego informowania obywatela jest powszechna.
Jedną z bardziej istotnych informacji publicznych są informacje o prawie, jego stosowaniu przez organy władzy publicznej oraz o jego interpretacji. Dlatego z dużym zdziwieniem przyjąłem wiadomość o tym, że Biuletyn Skarbowy Ministerstwa Finansów nie jest bezpłatnie udostępniany na stronie internetowej resortu. Niestety, tak dzieje się od lat. Tymczasem, jak czytamy na stronie internetowej resortu biuletyn „został powołany w celu usprawnienia obiegu informacji między Ministerstwem Finansów a aparatem skarbowym i podatnikami”. Zamieszczane są w nim teksty zawierające interpretacje prawa podatkowego kierowane do pracowników urzędów i izb skarbowych. Obecnie ten z założenia urzędowy biuletyn wydaje podmiot prywatny. Nadal jednak artykuły publikują w nim opłacani przez nas – podatników - pracownicy Ministerstwa Finansów. Za możliwość zapoznania się z ich tekstami trzeba jednak płacić.
W państwie, w którym wielu podatników samodzielnie oblicza wysokość swoich podatków, składając co rok deklarację podatkową, ograniczenie dostępu do informacji o wykładni prawa podatkowego jest poważnym problemem. Powinniśmy bez ponoszenia dodatkowych opłat móc dowiedzieć się, jakie jest stanowisko fiskusa w kwestii stosowania przepisów prawa podatkowego.
Osobiście uważam, że Biuletyn Skarbowy Ministerstwa Finansów powinien być znów publikowany przez resort, a nie przez prywatnego wydawcę. Dlatego właśnie wystąpiłem w tej sprawie do ministra Jacka Rostowskiego z interpelacją. Zapytałem, czy rozważa możliwość powrotu do wydawania Biuletynu Skarbowego Ministerstwa Finansów przez resort i do nieodpłatnego udostępniania treści publikacji na stronie internetowej.
Dowiedziałem się, że pomysł na zlecenie wydawania tej publikacji podmiotowi prywatnemu nie zrodził się za czasów obecnego ministra. A zatem jestem bardzo ciekawy odpowiedzi na postawione pytania. Tym bardziej, że choć jako podatnik uważam, iż ministerialna publikacja powinna być udostępniana nieodpłatnie, to jako prawnik wiem, że uznanie całego Biuletynu Skarbowego Ministerstwa Finansów za informację publiczną nie jest oczywiste. Publikacja zawiera niewątpliwie wytyczne wydawane w celu ułatwienia stosowania przepisów organom władzy publicznej. To przemawiałoby za uznaniem jej za informację publiczną. Jednak przepisy prawa autorskiego mogą w tym przypadku posłużyć za argument przeciwko nieodpłatnemu udostępnianiu biuletynu. Prawnicy mogą różnić się w poglądach na ten temat. Nie ulega jednak wątpliwości, że jeżeli minister będzie chciał zmienić praktykę, to może to uczynić. Liczę na to. Sytuacja, w której wydawcą publikacji Ministerstwa Finansów jest podmiot prywatny, powinna ulec zmianie. Dla dobra nas wszystkich.
Nieznajomość prawa szkodzi. Pamiętajmy o tej mądrej maksymie. Gorzej, gdy tego prawa lub jego interpretacji nie można poznać. Dlatego musimy to zmienić.