Refundacja zabiegów in vitro z kasy państwa ucieszy wiele rodzin oczekujących potomstwa, ale ze strony Kościoła nie spotka się z aprobatą. Kościół odrzuca wszystkie formy zapłodnienia asystowanego, przypomina jednak, że każde dziecko, niezależnie od tego jak poczęte, posiada identyczną godność ludzką, dlatego rodzice i duszpasterze będą wspólnie dbać o przyszłość tych dzieci.

REKLAMA
Kilka dni temu rozmawiałem z małżeństwem, które planowało poczęcie dziecka z użyciem metod laboratoryjnych. Wspólnie z lekarzem doszli do wniosku, że zabieg in vitro w ich przypadku nie będzie konieczny, wystarczy selekcja gamet męskich i asystowane zapłodnienie bezpośrednio w organizmie matki. Moi rozmówcy byli gorliwymi katolikami, nie mieli jednak pojęcia, że ta stosunkowo nieźle rokująca metoda nigdy nie zyskała aprobaty Kościoła. Jej świadome użycie jest grzechem ciężkim, aczkolwiek nie większym niż użycie antykoncepcji. Kiedy im to wyjaśniłem, nie kryli rozczarowania.
Stanowisko Kościoła wobec prokreacji asystowanej szczegółowo omawia Instrukcja „Donum vitae” wydana przez Kongregację Nauki Wiary (1987). Każde naruszenie intymności i wyłączności aktu małżeńskiego spotyka się tam z dezaprobatą, aczkolwiek w odniesieniu do tzw. sztucznego zapłodnienia homologicznego, przedstawionego wyżej, te zastrzeżenia są stosunkowo najmniejsze.
Znacznie poważniejsze obiekcje budzi zapłodnienie metodą in vitro, bo tu procedura laboratoryjna obejmuje nie tylko przechowywanie i selekcję gamet, ale także przechowywanie i selekcję zarodków, a w niektórych wypadkach także ich selekcję eugeniczną (jakościową opartą o kryteria czysto biologiczne) oraz bezterminowe przechowywanie kriogeniczne, co w polskich warunkach może oznaczać najprzeróżniejsze scenariusze, w tym również taki, w którym te zarodki są utylizowane lub używane w celach eksperymentalnych.
Polska jako bodaj jedyny kraj Europy nie posiada szczegółowych regulacji prawnych w zakresie sztucznej prokreacji, mimo iż wykonuje się ją tu od ćwierć wieku, dlatego zapowiedziana przez premiera Donalda Tuska pomoc dla rodzin oczekujących potomstwa wcale nie zmniejszy dylematów moralnych, przed jakimi stoją rodziny zdecydowane na in vitro.
Obecnie co piąta para w Polsce ma problemy z poczęciem dziecka. Wiele z tych trudności udaje się pokonać w drodze terapii medycznej lub psychologicznej, ale pewien odsetek par może liczyć tylko na adopcję lub użycie metod laboratoryjnych, co w polskich warunkach może oznaczać także działania budzące najpoważniejsze zastrzeżenia moralne, w wielu krajach uznane za przestępcze, w tym pozyskiwanie gamet od anonimowych dawców, eugeniczne selekcjonowanie zarodków, ich zabijanie, handel nimi i ciąże zastępcze.
Program refundacji in vitro zwiększy dostępność i liczbę wykonywanych zabiegów, aczkolwiek według szacunków rządu w ciągu najbliższych trzech lat skorzysta z niego tylko ok. 15 tys. par, co w zestawieniu ze znacznie większą skalą poważnych problemów z płodnością w Polsce oznacza, że rząd nie spodziewa się lawinowego wzrostu zainteresowania tą uciążliwą procedurą. Podstaw do tych szacunków dostarczają rządowi zapewne doświadczenia wyniesione z wcześniejszych okresów refundowania tego zabiegu w Polsce.
Organizacje katolickie powinny ustalić jak dalece preferencje i faktyczne korzystanie z in vitro koreluje się ze światopoglądem obywateli. Istnienie takiej korelacji mogłoby dać podstawę do kwestionowania tej refundacji w oparciu o konstytucyjną zasadę równości, a przynajmniej w nieco osłabić zarzuty podnoszone na forum publicznym o niekonstytucyjność nauczania religii w szkole.
Refundacja in vitro wprowadzona na mocy rozporządzenia, poza wszystkim, robi wrażenie politycznej prowizorki obliczonej na efekt wizerunkowy, nie tyle z racji swego pośpiesznego trybu, co z racji uwarunkowań prawnych. Minister zdrowia będzie mógł wyposażyć swoje rozporządzenie w pewne obwarowania techniczne, uzasadnione celem przyjętej polityki (pary starające się o refundację, będą musiały np. wykazać, że od roku bezskutecznie leczyły niepłodność), ale jej uwarunkowania ustawowe się nie zmienią, a to oznacza, że niezwykle złożone i delikatne zjawisko, jakim jest asystowana prokreacja ludzi, nadal nie będzie w Polsce spełniać nawet tych minimalnych standardów, jakie przyjęli nasi najbardziej liberalni sąsiedzi.