Śmierć zawsze przychodzi nie w porę. Panoszy się w życiu jak nieproszony gość i bez słowa, bez krzty współczucia robi swoje, nikogo nie pytając o zgodę, a tym, co jeszcze się buntują, grozi palcem. Nie później jak w ostatniej chwili dopadnie ich nawet na końcu świata. Powszechnie nielubiana, podszyta lękiem i pretensjami, nikomu nie daje się oswoić. Łamiąc serca i kości, odprawia z niczym siwiejące matki, a dobre rady mędrców zamienia w bonmoty, po czym boso lub w trupięgach czmycha ukradkiem.

REKLAMA
Rankiem 11 września 2001 r. Moises Rivas krzątał się w restauracji na najwyższym piętrze północnego wieżowca World Trade Center w Nowym Jorku. O godz. 8:46 w północną ścianę tego budynku, tuż poniżej setnego piętra, uderzył samolot pasażerski porwany przez arabskich terrorystów po starcie z Bostonu. Dla ludzi znajdujących się na górnych piętrach nie było ratunku. Niżej, tam, gdzie uderzył samolot, płonęło ponad 30 ton lotniczej nafty, błyskawicznie niszcząc windy i klatki schodowe, a wyżej, na dachu, kłębił się dym tak gęsty, że śmigłowce nie były w stanie się zbliżyć do budynku nawet na chwilę. Moises postanowił zadzwonić do żony.
Odebrała Linda, przybrana córka, której przekazał kilka ciepłych słów. Żona, słysząc tę rozmowę, zapytała: „Kto dzwonił? Czy to nie Moises?” „Tak, mamusiu, to on. Powiedział, żebyś się nie martwiła, że u niego wszystko w porządku i niezależnie od tego, co się stanie, on bardzo cię kocha”. Elizabeth Rivas wspomina te słowa ze wzruszeniem. Tam, na szczycie wieżowca szalał pożar. Ludzie dusili się w dymie i ogniu, krzyczeli, skakali z okien na pewną śmierć, ale jej mąż miał dla niej same dobre wieści. Zadzwonił, żeby jej powiedzieć, że ją kocha.
* * *
Nas stosunek do śmierci, zdaniem Martina Heideggera, decyduje o jakości naszego życia. Ktoś, kto nie przyjmuje prawdy o swojej śmiertelności, traci realistyczne podstawy wolności i w konsekwencji redukuje swoje człowieczeństwo. Uciekając przed śmiercią, sięga po sam się do niej upodabnia, jego wyobraźnia nieruchomieje w kategoriach na pozór trwalszych od jego śmiertelnej egzystencji, w rzeczywistości jednak nieludzkich, przypominających trupięgi, typowych dla świata przyrody nieożywionej. Uwikłany w kosmologicznej pułapce człowiek zaczyna patrzeć na siebie i innych jak na martwe przedmioty, traktując osoby coraz bardziej przedmiotowo. Niechciana śmierć mimo woli paraliżuje jego życie.
Ten jednak, kto oswoi lęk przed śmiercią, kto pogodzi się z ułomnością istnienia osobowego nieuchronnie skierowanego ku śmierci (Sein zum Tode), ten może zobaczyć świat takim, jaki jest. Może podjąć odpowiedzialność za swoje czyny, uzasadniając je poprawniej niż ci, którzy patrzą na świat tak, jakby śmierci nie było, lub jakby była dokładnie tym samym co życie.
W „Liście o humanizmie” Heidegger człowiekowi dążącemu do autentyzmu radzi czytać wiersze Hölderlina i uczyć się trudnej sztuki dialogu z drugim człowiekiem, a zarazem nie pokładać zbyt wielkich nadziei w nieruchomych kodeksach etycznych i mitach, bo one mogą osłabić jego wrażliwość i czujność.
Heidegger, najwybitniejszy filozof niemiecki XX wieku, nie pisywał poradników dla guwernantek. Głównym i nigdy do końca nie zrealizowanym celem jego filozofii, przedstawionej już w „Byciu i czasie” (Sien und Zeit, 1927), było stworzenie nowej nauki o podstawach bytu, posługującej się trafniejszymi uogólnieniami niż te, które zawdzięczamy starożytnej metafizyce i nowożytnym ontologiom. Heidegger, syn ubogiego zakrystiana z Messkirch w Baden-Württembergii, przez krótki czas próbował swych sił w jezuickim nowicjacie, z czasem jednak rozstał się z chrześcijaństwem, uznając je za niezgodne z stworzoną przez siebie ontyką istnienia, niemniej jego analizy śmiertelności, troski, lęku, czasowości i historyczności wywarły ogromny wpływ na współczesną humanistykę, od egzystencjalisty Sartre'a, przez Derridę (dekonstruktywizm), Gadamera (hermenutyka), aż po katolickiego teologa Rahnera czy żydowskiego fenomenologa Levinasa, który zarazem należał do największych krytyków fryburskiego mistrza. W każdym z tych ujęć heideggerowski fenomen śmierci zyskuje nowe interpretacje.
* * *
Jezus z Nazaretu wyjaśniał śmierć inaczej. O sobie samym powiadał, że jest „zmartwychwstaniem i życiem”, w które warto wierzyć, bo ta właśnie wiara gwarantuje życie po śmierci (por. J 11, 25). W jego odpowiedzi obecna jest śmierć, ale to nie ona stanowi o istocie. Chrystus zdecydowanie chce zaprzyjaźnić człowieka życiem. We wszystkich swoich wypowiedziach symbolikę śmierci podporządkowuje symbolice życia, bo śmierć sama w sobie jest złą nauczycielką. Jest ślepa, okrutna i głucha. Oddanie życia za kogoś i dla kogoś jest tak naprawdę formą życia, nie dokonuje się bowiem w przestrzeni symbolicznej, lecz egzystencjalnej, a ta, zgodnie z licznymi zapewnieniami Jezusa, ma w nim swoją pełnię i kontynuację. Śmierć z Nim i na jego wzór, to już zupełnie inny rodzaj umierania, to narodziny. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za swoich przyjaciół” (J 15,13). „Kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 16,25). Śmierć nie jest zatem trudna, bo cały swój teologiczny sens niesie poza sobą, w życiu i to przede wszystkim w szczęśliwym życiu Boga, więc tylko tam należy jej szukać.
W chwili fizycznej śmierci człowiek wyraźniej odczuwa, że może podarować komuś swoje życie – nie to biologiczne, ale wszystko to, co składa się na jego tożsamość, wszystko to, kim jest. Ludzie umierający w wieżowcach WTC dzwonili do swoich bliskich, żeby im powiedzieć jak bardzo ich kochają. Nie szukali pociechy ani nie próbowali się żalić. Wręcz przeciwnie, z zapisów kilkudziesięciu rozmów telefonicznych emanuje tajemniczy spokój i siła pozwalająca objąć przeszłość i przyszłość, ludzi i łączące ich związki, ponad wszelkimi trudnościami. To specyficzne usposobienie nie jest chyba tylko stanem psychicznym, wywołanym, lękiem, bo silne bodźce negatywne z zazwyczaj wzbudzają w ludzkiej psychice popłoch i odruchy obronne zredukowane do najprostszych reakcji.
Spokój niektórych osób żegnających się z bliskimi w niebezpieczeństwie śmierci jest głęboki i rozważny, przypomina stan ducha właściwy medytacji. Ludzie stojący przed granicą życia sprawią wrażenie szczęśliwych, jakby właśnie zyskali okazję do wyrażenia wszystkiego, kim są i to wyłącznie od jak najlepszej strony.
Ustanawiając Eucharystię w dzień przed swoją śmiercią, Jezus zwrócił się do swoich najbliższych, żeby im powiedzieć to, co zawsze im mówił, ale czego oni nigdy nie przyjęli. Teraz, w dość smutnych okolicznościach, patrzyli na niego nieco uważnej, więc on po raz kolejny ich zapewnił, że nigdy ich nie opuści i że mówi to najdosłowniej w świecie, bez żadnej przenośni, choć jednoczenie prawdą jest, że za chwilę będzie musiał umrzeć. Jezus nie mógł mieć pewności, że jego uczniowie uwierzą w jego obecność, wiedział bowiem, że niektórzy z nich będą traktować życie wieczne jak nieodebrany telefon od dawno niewidzianych przyjaciół.
* * *
W dziewięć minut po pierwszym ataku na WTC Melissa Harrington Hughes, lat 31, zadzwoniła do swego ojca w Massachusetts. „Była zdenerwowana – wspominał – więc nie mogłem zrozumieć, o co jej chodzi. Powiedziałem jej: Uspokój się i powiedz mi w czym problem, a wtedy spróbuję ci pomóc. Włączyłem telewizor. Zobaczyłem płonący wieżowiec i serce mi zamarło. Bardzo chciałem jej pomóc, powiedział jej, żeby jak najszybciej opuściła budynek i że ją kocham. Ja też cię kocham, tatusiu – odpowiedziała – i proszę cię, żebyś zadzwonił do Seana. Powiedz mu gdzie jestem i że go kocham”.
Dwadzieścia minut później Melissa sama dodzwoniła się do męża w San Francisco, ale Sean jeszcze spał. Zostawiła mu wiadomość na automatycznej sekretarce: „Chcę, żebyś wiedział, że cię kocham. Jestem uwięziona w tym wieżowcu w Nowym Jorku. Jest tu pełno dymu, ale chcę żebyś wiedział, że zawsze będę cię kochać”.