Kochać naprawdę, to kochać Boga i ludzi tą samą wielkoduszną miłością, zdolną do bezinteresowności, a nie tylko do „pobożnych uczynków”, o których niektórzy powiadają, że mogą zapewnić zbawienie.

REKLAMA
Jezus często krytykował faryzeuszy, a mimo to nie zawsze był przez nich postrzegany jako oponent. Działo się tak aż do końca jego publicznej działalności w Jerozolimie, gdzie atmosfera sporów coraz bardziej się zaostrzyła, co w szczegółach opisał Jan w swojej ewangelii. Nawet wtedy faryzeusze, dowiedziawszy, że Jezus „zamknął usta saduceuszom”, udali się do niego, żeby go przeciągnąć na swoją stronę – nie po to, żeby go włączyć do swoich szeregów, bo to było formalnie trudne i czasochłonne, ale po to, żeby publicznie wykazać, że nawet on nie podziela przekonań zhellenizowanych saduceuszy, a zatem popiera pobożność w wydaniu faryzejskim.
W czasach niekończących się sporów teologicznych faryzeusze potrzebowali uzasadnienia płynącego z zewnątrz, a Jezus, wędrowny rabbi, gromadzący wokół siebie wielotysięczne tłumy, znakomicie nadawał się do tego celu. Miał ich wybronić przed laicyzacją i brakiem wewnętrznej pewności.
Teologiczna pułapka zastawiona na Jezusa, o dziwo, powiodła się, aczkolwiek nie tak, jak to sobie wyobrażali faryzeusze. Jezus chętnie odpowiedział na pytanie nt. najważniejszego przykazania Tory, uznając je za ważne, ale zrobił to w taki sposób, że faryzeusze musieli uznać jego odpowiedź w całej rozciągłości, tracąc tym samym możliwość odtrąbienia zwycięstwa nad kimkolwiek, nawet nad saduceuszami.
Jezus w młodości jak wszyscy chłopcy musiał uczęszczać do szkoły synagogalnej, nigdy jednak nie kontynuował nauki w szkołach wyższego stopnia prowadzonych przez stronnictwa religijne, bez ukończenia których nie można było zostać faryzeuszem ani saduceuszem, a mimo to doskonale znał problemy teologiczne obu zwalczających się stronnictw. Bodaj po raz pierwszy zetknął się z nimi osobiście w wieku dwunastu lat, gdy włączył się dyskusję uczonych prowadzoną w świątynnym portyku Salomona.
Dla saduceuszy Prawo mojżeszowe było zbiorem anachronicznych niekiedy zakazów i nakazów, które należało uprościć i uwspółcześnić tak, aby przepisy świątynne, dotyczące kultu, zyskały odpowiednią rangę. Faryzeusze również potrzebowali pewnych uproszczeń, bo bez nich nie byliby w stanie wyłożyć Prawa dzieciom i ludowi, na czym im szczególnie zależyło, szukali zatem prostych maksym, niemniej w swoich uczonych dysputach gubli się w szczegółach, przeceniając rangę przepisów drugrzędnych, a tym samym gubiąc istotę Prawa. Nieco późniejsza tradycja rabinacka, rozwinięcie nurtu faryzejskiego, uzależniała dalsze istnienie świata od istnienia Tory, kultu świątynnego i dzieł miłości, a w innej wersji tego adaggium jako warunki egzystencji wyliczała prawdę, sąd (sprawiedliwość) i pokój (Miszna, 'Abot, 1:2,18). Jezus nigdy by się z tym nie zgodził. Z odpowiedzi jakiej udzielił faryzeuszom wynikało, że prawo jako takie zależy wyłącznie od miłości, jaką człowiek okazuje Bogu i ludziom.
Jezus zmienił przy tym niektóre słowa, żeby wytrącić faryzeuszom z rąk ich nieporadne interpretacje. Kochać Boga całym sercem, duszą i siłą w interpretacji rabinackiej oznaczało kochać Go „wolą, życiem i majątkiem”. Żydzi doskonale znali te słowa, powtarzali je dwukrotnie każdego w swej najważniejszej codziennej modliwtwie, obowiązkowym Szema', którego początek jest wiernym cytatem z Księgi Powtórzonego Prawa (Pwt 6, 5). Słuchając wyjaśnień Jezusa, musieli natychmiast dostrzec tę różnicę.
Biblijne serce, kardia, również i dla nich było siedliskiem uczuć, ale przede wszystkim było siedliskiem myśli, decyzji i woli, dlatego właśnie serce jako ośrodek decyzji było w ich mniemaniu źródłem wierności Prawu i Przymierzu. Aspekt emocjolany schodził w tej interpretacji na dalszy plan, a z nim sama miłość, natomist aspekt racjonalny sprowadzał się do wiernej obserwancji 613 mitzvot, szczegółowych zakazów i nakazów Tory, w czym nawet najgorliwsi łatwo mogli się pogubić.
Z kolei biblijna dusza, psyche, w tradycji biblijnej była synonimem życia. Jej przeciwieństwem nie była zatem materia, lecz śmierć. Kochać Boga z całej duszy oznaczało zatem kochać go we wszystkich przejawach swego życia, tymczasem kochanie Boga „ze wszystkich sił”, eks holas tes dynameos, do czego Księga Powtórzonego Prawa zachęcała zawsze na trzecim miejscu, po sercu i duszy (Pwt 6, 5; 10,12; 30,6), w interpretacji współczesnych Jezusa oznaczało gównie siły zewnętrze, a więc majątek i samą gotowość do uszczuplenia przez jałmużny i ofiary, a nie w ogóle wszystkie, a więc także duchowe uzdolnienia (meod) człowieka jak w hebrajskim oryginale. Rabini najwyraźniej uznali, że dobra materialne łatwiej skwantyfikować niż stany ludzkiego ducha, łatwiej się z nich rozliczyć przed Bogiem, więc to na nie położyli główny akcent, ale to z punktu widzenia teologii i ascetyki było to ewidentną porażką.
Cytując starożytny tekst (Pwt 6, 5), Jezus zamienił dynameos na dianoia, oznaczające umysł, usposobienie, zdolności, a nawet samą zdolność rozróżniania dobra i zła. Była to dość radykalna zmiana, bo choć tzw. dobra trwałe mogą niespodziewanie zginąć w rękach złodziei, to jednak w potocznym rozumieniu zawsze wydają się trwalsze niż usposobienie ducha, tymczasem grecka dianoia nie oznaczała umysłu w ogóle, nous, lecz tylko moralne podstawy jego funkcjonowania, które znany w tej części imperium grecki filozof Artytoteles przedstawił w Analitykach Wtórych i Etyce Nikomachejskiej w postaci pięciu głównych cnót dianoetycznych, pozwalających poprawnie myśleć i działać. Obejmują one m.in. poczucie sprawiedliwości, wytrwałość, empatię, integralność, intelektualną odwagę, zaufanie do rozumu i autonomię, zaś odpowiadają pięciu sferom działalności duchowej człowieka, z których trzy mają wymiar teoretyczny (sophia, episteme, nous), zaś pozostałe praktyczny (phroneisis) i wytwórczy (techne).
Nawet jeśli słuchacze Jezusa nigdy nie słyszeli o Arystotelesie i nawet jeśli rozmowa nie odbyła się synagodze języka greckiego, ale po aramejsku, to zaskoczenie słuchaczy i tak musiało być na tyle wielkie, że przekaz apostolski w redakcji Mateusza używa filozoficznej dianoia tam, gdzie w oryginale popularnej wtedy Septuaginty widniały proste siły, dynameos, sugerując tym samym jednoznacznie i precyzyjnie, że miłość do Boga musi najpierw sięgać daleko w głąb ludzkiego wnętrza, aby tam zaprowadzić swoje porządki i w konsekwencji wyrazić się także wielkodusznym czynem, wolnym od egoistycznej dwuznaczności.
Żeby nie zostawiać nikomu wątpliwości, Jezus uzupełnił to ważne i powszechnie znane, ale przez wielu opacznie rozumiane przykazanie o tzw. „złotą regułę”, znaną wprawdzie Żydom, ale nigdy nie cytowaną w modlitwie i rzadko liturgii, wyjętą zaś ze starej Księgi Kapłańskiej (Kpł 19, 18), starszej niż Deuteronomium (Pwt 6, 5). Przykazanie „miłowania bliźniego jak siebie samego” nastręczało Żydom wielu trudności interpretacyjnych („kto jest moim bliźnim?”, Łk 10, 29), Jezus rozwiał je ponad wszelką wątpliwość w przypowieści o dobrym Samarytaninie (Łk 10, 29-37), dlatego zestawienie w jedną parę mało znanej złotej reguły z największym ze wszystkich przykazań miłości Boga stanowiło novum i musiało zadziwiać, a nawet szokować. Rozmówca Jezusa, uczony faryzeusz, którego Mateusz jako jedynego w swej ewangelii zwie nomikos, prawnikiem, a nie zwykłym skrybą czy uczonnym, jest tak zaskoczony, że miczy, nie zdobywa się na żaden komentarz. W redakcji Marka i Łukasza ów prawnik wypowiada pod adresem Jezusa pochwałę, ale świadomie lub nie przekręca słowa Mistrza jakby go wciąż do końca nie zrozumiał (Mk 12, 28-34; Łk 10, 25-28).
Kochać naprawdę, kochać Boga i ludzi tą samą wielkoduszną miłością, zdolną do czynów, a nie tylko „pobożnych uczynków”, o których niektórzy powiadają, że mogą zapewnić zbawienie. Kochać nie dla nagrody, ale wyłącznie dlatego, że jest się kochanym przez Boga, który sam jakby zapomniał o sobie, stając się ostatnim z ludzi, wyszydzonym i ukrzyżowanym, żeby nikt nigdy nie musiał być ostatnim i żeby każdy naprawdę mógł służyć i kochać.
Z ewangelii wg św. Marka na 31. niedzielę zwykłą (Mk 12, 28b-34)
Jeden z uczonych w Piśmie zbliżył się do Jezusa i zapytał go: „Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?” Jezus odpowiedział: „Pierwsze jest: Słuchaj Izraelu, Pan, Bóg nasz, Pan jest jedyny. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych”.
Rzekł Mu uczony w Piśmie: „Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznieś powiedział, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary”.
Jezus widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: „Niedaleko jesteś od królestwa Bożego”. I już nikt więcej nie odważył się Go pytać.