Biskupi polscy po raz kolejny potępili pomysł ogłoszenia Boga królem Polski, podnoszony przez katolickich ultrasów, nie skorzystali jednak z okazji, żeby w okólnym liście potępić groźniejsze zjawiska z pogranicza polityki i wiary jak populizm, bezradność, mowę nienawiści i fasadową troskę o dobro wspólne.
REKLAMA
Idee monarchiczne nie zagrażają polskiemu katolicyzmowi. Ich najpoważniejszym krzewicielem jest ks. Piotr Natanek, wykładowca katolickiej uczelni w Krakowie, cieszący się sympatią nielicznych wiernych, obecnie usunięty z akademii i zawieszony w funkcjach kapłańskich przez kardynała Stanisława Dziwisza. Nawet w beskidzkiej Grzechyni, gdzie zbudował sobie okazałą pustelnię, odwiedzaną przez grupki pielgrzymów z kraju i zagranicy, miejscowi górale zachowują zdrowy dystans do jego idée fixe, popierając w pełni decyzje kardynała.
Ogłoszenia Jezusa królem Polski domagała się w swoich pismach zmarła pod koniec wojny krakowska mistyczka Rozalia Celakówna. W grodzie Kraka rozpoczęto przygotowania do jej beatyfikacji, niestety, główny promotor jej kultu, nieżyjący już jezuita Tadeusz Kiersztyn, tak bardzo skupiał się na politycznych wątkach jej dziedzictwa, podnosząc je w sposób radykalny i infantylny, zabiegając nawet o wsparcie prawicowych polityków, że w konsekwencji popadł w konflikt z władzami kościelnymi i pod koniec lat 90. został usunięty z zakonu.
Działania obu księży wywołały zamieszanie w lokalnym środowisku, nigdy jednak nie wywołały szerszego odzewu wśród katolików ani duchowieństwa, tymczasem zabarwiony religijnie populizm wraz ze swym lustrzanym odbiciem, populizmem antyklerykalnym, mają się w Polsce nieźle, owocując pogardą, mową nienawiści, paroksyzmami gniewu, niechęci i paraliżującej bezradności społecznej, widocznej nie tylko w brukowej prasie, ale także na transparentach i okrzykach wznoszonych podczas uroczystości kościelnych i państwowych, a nawet w niektórych pismach katolickich.
„Nasz Dziennik”, wydawany przez fundację cywilną założoną przez księży, regularnie publikuje teksty na tematy społeczne, których wartość merytoryczna bywa dyskusyjna, a które zawierają wyrazisty ładunek emocjonalny w postaci niechęci lub drwiny z osób publicznych. Pismo katolickie, jak każde inne, musi walczyć o przetrwanie na rynku, nigdy jednak nie powinno tego robić przez zaprzeczenie własnej raison d'etre, wyrażonej w deklarowanych wartościach.
Teksty Jerzego Roberta Nowaka, ks. Czesława Bartnika, emerytowanego profesora KUL, a nawet bpa Stanisława Wielgusa, niedoszłego ordynariusza Warszawy, bardziej przypominają agitki polityczne niż analizy w duchu katolickiej nauki społecznej. Pełno w nich wyrywkowych spostrzeżeń, błędnych identyfikacji osób, instytucji i ich kompetencji, a dominanta semantyczna częściej wiąże się z emocjami niż rzeczowym uzasadnieniem, co w konsekwencji prowadzi do osobliwej sytuacji środowiskowej. Czytelnik, niezależnie od swoich poglądów, doskonale wie, że w „Naszym Dzienniku” nigdy nie znajdzie dobrego słowa pod adresem Unii Europejskiej, sejmu, rządu, większości polityków i części duchowieństwa, a jednocześnie nigdy nie natrafi tam na słowo krytyczne w sprawach dotyczących własnego środowiska, bliższych niż koszula ciału, o którym cały świat trąbi, że wyglądają zupełnie inaczej.
Obrońcy tak sformatowanego dziennikarstwa chętnie podnoszą argument, że na pluralistycznym, silnie spolaryzowanym rynku opinii potrzebna jest wyrazista przeciwwaga dla głosów wrogich Kościołowi, pasterze Kościoła powinni jednak przypomnieć wiernym, że misja Kościoła potrzebuje solidnego fundamentu prawdy i miłości, a nie połajanek balansujących nad dantejską przepaścią beznadziei, co w konsekwencji oznacza, że media katolickie nie mogą konkurować z innymi w skrajnościach, zaś w opisie nawet najbardziej kontrowersyjnych zdarzeń, nikomu nie powinny dać się wyprzedzić w okazywaniu szacunku osobom. To, że Urban był pierwszy, nikomu nie daje prawa do tego, żeby iść w jego ślady, zwłaszcza tym, którzy myślą inaczej niż on.
Mowa nienawiści ma swoją bogatą literaturę. Bodaj pierwszym jej dokumentalistą był niemiecki filolog Viktor Klemperer, w który w wydanej tuż po wojnie „LTI - Lingua Tertii Imperii” zebrał setki przykładów nazistowskiej nowomowy, sięgającej dalej i bezwzględniej niż newspeak Orwella. To nie nienawistne epitety stanowiły o jej destrukcyjnej sile, ale uparte, systematyczne i po wagnerowsku patetyczne powiększanie wartości jednych kosztem pozostałych, posunięte aż do masowych mordów na tych ostatnich.
Polscy ultrasi są groźni nie dlatego, że chcą więcej polityki w sferze wiary, ziemskiej korony dla Boga, ale dlatego, że chcą zmieniać rzeczywistość polityczną, ratować świat i Polskę, przez manipulowanie symbolami religijnymi. Biskupi w swoim liście pomijają ten wątek, skupiając się wyłącznie na teologii, tymczsem źródło polskiego monarcho-mesjanizmu jest polityczne, nie religijne, jest nim bezradność i głębokie niezadowolenie ze stanu spraw publicznych, dlatego prawdziwej obrony potrzebuje tu zdrowy rozsądek i katolicka nauka społeczna, a nie teologia dogmatyczna.
W czasach dawnego reżymu kaznodzieje i obywatele interpretowali świat podobnie jak bohaterowie „Roku 1984” George'a Orwella; odrzucali go w całości, bez rozróżnień, bądź na ślepo go akceptowali. Rzeczywistość rynku i demokracji jest znacznie bardziej skomplikowana niż autorytarny reżym. Ci, którzy się w niej gubią, odruchowo sięgają po wyjaśnienia najprostsze, a ilekroć odkrywają, że rzeczywistość im umyka, tylekroć się radykalizują.
Kościół ma przed sobą ważną misję społeczną. Może uczyć nie tylko dojrzałej duchowości, zdolnej do podejmowania cierpliwych rozróżnień, śmiałych wyborów i żywej motywacji potrzebnej nie tylko w modlitwie, ale także może uczyć prawidłowego identyfikowania wartości na rynku, w sferze kultury, sztuki i polityki, takiego, które nikomu nie pozwoli być bezbronnym, bezradnym ani naiwnym, co samo w sobie zwiększy przewagę starych poczciwych cnót nad prymitywnymi odruchami, ale także najzwyczajniej w świecie nikomu nikogo nie pozwoli obrażać.
