Marian Wantoła, twórca Reksia, przymiera głodem, a Zbyszek Baran, który właśnie szykuje do druku listy Herberta i Porębskiego, ledwie zipie i niedojada. Kultura zawsze miała drugi i trzeci obieg, ale w dobie internetu te kręgi można poszerzyć, dlatego z wdzięcznością kłaniam się nisko Panu od Reksia oraz Panu od Pana Cogito.
REKLAMA
W czasie komuny dzieci się nudzą. Wiem to po sobie. Profesor Cogito, śmieszny ludzik w „Płomyczku”, rozprawiał o wynalazkach jakby chciał, żeby dzieci myślały o nim, nie o Herbercie, a Pan Samochodzik, typ równie nowoczesny, pół Bond, pół człowiek, pół harcerz, przepływał jezioro autem i nie tonął, bo miał motor z przedwojennego Ferrari. W czasie komuny dzieci się nudzą, bo wiedzą, że gdzie indziej jest fajniej. Wszędzie, tylko nie w PRL.
Jeden Reksio pozytywnie wyróżniał się z tłumu. Ten szczeniak pokazywał się w telewizji w prajmtajmie, zanim z „Dziennika” wyjrzeli smutni sekretarze PZPR, ale czuło się, że on by ich wszystkich wykiwał bez pudła. A skoro mógł Reksio, kundel animowany, to tym bardziej mogli ci, których nigdzie nie pokazywano, nie drukowano, nie dawano paszportu. „Módlcie się za papieża i czytajcie Herberta”. Reksio tego nie mówił. On tylko merdał ogonkiem.
Jego czasy już dawno minęły, ale kiedy dzisiaj trzymam w ręku książkę lub raczej koszyk pełen szczeniąt opatrzony tytułem „Pan Cogito i zagadka bytu”[1], to mam pewność, że Reksio miał rację. On zawsze na pożegnanie stukał coś pieczątką na klatkach filmu i dzisiaj mam pewność, że to nie była zabawa. Inni poszli w jego ślady. Nie mniej odważni, a może nawet bardziej samodzielni. Poznaję ich po tym, że nic sobie nie robią z zimy ani lata, ani z dziurawej psiej budy, ale sami zmieniają pory roku pędzlem, stalówką i atramentem.
Skąd się wzięli? Mam wrażenie, że nie wyszli spod szkolnej prasy, nie dali się wtłoczyć w schemat „naucz się, zdaj i zapomnij”, ale sami zaczęli „obgryzać stare kości”, jak mawiał wielki Vincent van Gogh, i dzisiaj siedzą sobie w naprawdę ciekawym towarzystwie.
Tu pojawia się problem krokodyla. Zagadnęły mnie kiedyś parafianki o jakieś trudne sprawy, więc ja na to: — A gdzie panie pracują, że mają takie problemy? — Niech nam ksiądz spojrzy w oczy, to się dowie — odrzekły. Przyjrzałem się i mówię: — Panie są chyba nauczycielkami. — Zgadza się — odparły zadowolone — jak to ksiądz odkrył? — Patrzą panie na człowieka jak krokodyl…
Nie obraziły się za tego krokodyla. Dobrze go znały. Wszyscy udają, że go nie ma, ale on żyje i ma się dobrze. Na widok rozbrykanej klasy niespostrzeżenie wchodzi w człowieka, nauczyciela, wychowawcę, katechetę, dyrektora szkoły i radzi mu, żeby spojrzał na te szczeniaki trochę groźniej, a zaraz będzie miał święty spokój. Przestaną brykać, zadawać pytania (głupie), dociekać i drążyć. Zamkną się w sobie cicho jak futerał. Jeszcze w pierwszych latach szkoły mają swoje zdanie i naiwne pomysły (przekonałem się o tym tysiąc razy w różnych stronach Polski), ale po kilku latach edukacji wszystkiego się im skutecznie odniechciewa. Pozostaje tylko zdać i zapomnieć. Pogrywać z rzadka na cudzych skrzypkach, nie na swoich. Prawa rozwoju sobie, a szkoła sobie, więc na tym bezkrólewiu władzę zdobywa krokodyl. Mrozi wszystkich martwym spojrzeniem: „Nie podskakuj, bo cię przepytam”, a potem swobodnie tłoczy swoje treści w jednym kierunku bez większego sprzeciwu. Aż się przejedzą. No i się przejedli. W Europejskim Urzędzie Patentowym od lat mamy mniej patentów niż Panama i Antyle Holenderskie, a najlepsza polska uczelnia ledwie się mieści w czwartej setce światowego rankingu.
„Pan Cogito i zagadka bytu” przychodzi skądinąd. Domyślam się, że Zbigniew Baran, autor projektu, jest człowiekiem o spojrzeniu ludzkim, bo wszyscy, którzy mu włożyli do koszyka swoje teksty, wiersze i rysunki, robią wrażenie, jakby nigdy w życiu nie spotkali krokodyla, a jeśli nawet go spotkali, to on sam czmychnął przed nimi, widząc ich pracowitość i czyste zaciekawienie. Zagadka bytu się tu dziwnie pogłębia, bo my w Polsce nie mamy klas creatvie writting, ani żadnych koledżów wyspecjalizowanych w samodzielnym gdybaniu i pisaniu. W żadnej szkole, na żadnej uczelni nikt nikogo nie zmusza do wysiadywania na co dzień w czytelni i pisania kilku esejów co tydzień, a nawet gdyby zmuszał, to i tak by ich potem rzetelnie nie ocenił, bo dzieci dużo, bo czasu mało, bo nie warto. Jest więc zagadka. Kto tej młodzieży powiedział, że w Herbercie ważniejszy jest Hektor niż sam Herbert? że pisanie jest tak naprawdę czytaniem (M. Blanchot)? że abstrakcja uśmierca, a konkret daje życie? Oni to wszystko pojęli w trzynastym, może czternastym roku życia, ale skąd, na jakiej podstawie, myślę sobie z trwogą, skoro przeciętny habilitowany zjadacz chleba i książek w Polsce tego wszystkiego nie wie? Wystarczy poczytać jak pisze.
To pytanie niech sobie teraz postawią rzesze mam i tatusiów. Niech zapytają Pana Cogito, tego prawdziwego, nie tego z „Płomyczka”, co zrobić, żeby mały Homer nie zamienił się z czasem w Jasia Dobraczyńskiego, albo, co nie daj Boże, nie wyrósł na jakiegoś typa w ciemnych okularach. Z Herberta wynika, że ten Homer występuje w przyrodzie dość często, ale Przymanowscy i Pinkosie już nad nim pracują, żeby się nie narażał i nie wysilał, a elektryczne młyny ze szklanym ekranem mielą go powoli na drobne. Czas się temu przeciwstawić. Wyrzucić gadżety, Pana Samochodzika zezłomować i usiąść do brydża z prawdziwym Panem Cogito.
Na władze oświatowe tu raczej nie liczę. Wprawdzie prezydent Krakowa wydał parę groszy na edycję tej książki, więc teraz mógłby zacząć rozliczać swoich kuratorów, komisarzy i dyrektorów z ilości chęci, jaką wzniecili u młodzieży i dzieci do pisania myślących tekstów, ale nie wierzę, że to zrobi. Koleiny szkolne są tak głębokie, że żywego ducha już z nich nie widać. Wierzę jednak święcie, że ci, co sięgną do tej książki, do koszyka nadzwyczaj psotliwych szczeniaków, pozazdroszczą wszystkim, którzy tu wcześniej zajrzeli i mieli niezłą frajdę.
[1] „Pan Cogito i zagadka bytu. Zbiór nagrodzonych i wybranych tekstów z konkursu pod tym tytułem zorganizowanym wg pomysłu Zbigniewa Barana w Centrum Młodzieży im. dr. Henryka Jordana w Krakowie”, ze wstępem Katarzyny Herbert, Grupa Tomami, Kraków 2008, stron 80.
